Rozgrzana szkoła

Zainspirowany doniesieniami o kolejnych szkołach, szczególnie w południowo-zachodnich województwach, które skracają lekcje lub wręcz je odwołują z powodu fali upałów, napiszę dosłownie kilka słów o ostatnim roku edukacji ikonek moich, bo był to rok z wielu względów wyjątkowy.

mytrzy

Był to szkolny rok ciężki bardzo, w mojej opinii. Dla każdej z nich inaczej. Maja, już jedną nogą od września w 5 klasie, do samego końca walczyła o poprawienie kluczowych ocen. Nie sprzyjały temu dni nierównomiernie napakowane godzinami (raz na 8.20, raz na 13.15), nie pomogło zdecydowanie rubaszne podejście do obowiązków edukacyjnych, szczególnie w weekendy. Ale pięknie wyszarpała dobry z języka angielskiego, poprawiła się z matematyki na solidne dostateczne (także dzięki lekcjom w domu), rzutem na taśmę i wreszcie z właściwszym podejściem do nauki poprawiła też oceny z przyrody, która wyląduje na świadectwie na koniec podstawówki. Będzie miała dwie 3, ale nie mam z tego powodu jakiegoś rozczarowania – wiem, że to był trudny rok, rozbity batalią nauczycielską o godne warunki pracy i przez to niesamowicie długi – zawsze jak byłem o wiele mniejszy wydawało mi się, że szkoła w czerwcu już nie funkcjonuje. Tymczasem po przerwaniu strajku wiele lekcji jeszcze odbyło się na poważnie i oceny wciąż były wystawiane w tym tygodniu. A upał za oknem zakuwaniu nie sprzyja.

Maja mówiła mi w okolicach 8 kwietnia (daty nie sprawdzam), że w zasadzie tego dnia skończyła się szkoła. Miała trochę rację, trochę miałem jej ja, mówiąc, że teraz ma labę, ale potem będzie ciężej. Zaczynał się strajk w szkołach i nim w małych jeszcze dzieciach dojrzała myśl, że to sprawa jest poważna i decydująca dla tak podstawowej sprawy jak ich przyszłość, to cieszyły się na wysypianie i leniuchowanie. Potem były święta. Potem majówka. Wcześniej egzaminy bodaj 8-klasistów a maj rozpędził się maturami. Szkoła wróciła raptem 3-4 tygodnie temu. To też – nie wspominając już o atmosferze, jaka towarzyszyła belfrom potraktowanym z buta przez nasz kochany, szykujący się do wyborów rząd – sprawiło, że rok po ciężkich miesiącach kończył się ostrym, wyczerpującym podjazdem. Tym bardziej się cieszę, że Maja po przyrodniczym finiszu chodzi już dziś do klasy w zasadzie rekreacyjnie. I może ponad 2 miesiące odpoczywać.

U Hanuty był to z kolei bodaj pierwszy rok nie przerwany długimi pobytami w szpitalu, nie poszatkowany absencjami, nie ocierający się o chaos z powodu słabości i walki o zdrowie. Gdyby nie wspomniany strajk, od września do czerwca miałaby lekcje codziennie, w domu i częściowo w szkole, bo tak udało się porozumieć. I też cisnęła, lub inaczej, była ciśnięta bez taryfy ulgowej. Z takiego angielskiego na przykład, to sprawdziany różnego rodzaju miała niemal na każdej lekcji. Falowała ocenami od miernych do piątek i wybroniła się – na świadectwie nie będzie żadnej trójki. Piszę to z dumą, podobnie jak o stopniach Mai, ale bez satysfakcji brania udziału w jakimś wyścigu po stypendia i czerwone paski. To ani mnie ani mam nadzieję ikonek specjalnie nie  interesowało. Hania po kilku wpadkach zmieniła rodzaj motywacji do nauki, wspomniany tu angielski był ważny, by móc konwersować na chatach kanałów anime z jego użytkownikami, więc wyszło bardzo fajnie na koniec. Do tego rehabilitacja i zajęcia dodatkowe. Nie wiem jakim cudem miała jeszcze po 23 siły na czytanie.

Wiem, że było ciężko. Że się napracowały bardzo. I mocno zasłużyły na wakacje i świetnie, że zaczynają się one upałami, bo od razu szykuje się weekend z basenem na ogródku i atmosfera wakacji pojawia się niejako sama. A potem Mazury. Jedziemy na nie spokojni, co wiecie z poprzedniego wpisu o leżącym na deskach guzie, szczęśliwi satysfakcjonującą szkołą i pracą, mniej bladzi, bo zdrowsi. Ładowanie baterii czas zacząć (tak, wiem, że rok szkolny kończy się dopiero za tydzień), ale tym razem mam wrażenie, że potrwa szybko i akumulatory wypełnią się ponad 100 %. A we wrześniu wrócą do szkoły lub do zaciskania kciuków za walczących o swoje i naszych dzieci nauczycieli. Będzie ciężko im i nam, więc już dziś napiszę – powodzenia!

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach. Jeśli nadal chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Numer konta w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

tytułem 18757 Raj Hanna – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
DZIĘKUJĘ!

Reklamy

Śmieć ani drgnął! Są wyniki rezonansu Hani. Co spadło z serca wyżłobiło krater

Chwaliłem się już swoim i Hani szczęściem na facebooku, ale przecież tu też muszę i w ogóle wszędzie i wiele razy: przed godziną 10 w poniedziałek 3 czerwca, niecałe 20 godzin po badaniu w rurze rezonansu magnetycznego w CZD, pani doktor nasza poklikała chwilę i przeczytała najważniejsze sentencje z opisu badania:

W porównaniu do poprzedniego badania z grudnia nie ma zmian!

To oznacza trzy potwornie ważne rzeczy. Hani guz, 2,5 roku od ostatniej pastylkowej chemioterapii, ani drgnął. Stoi! Nie rośnie! Nie zwiększyły się też jamy w kanale rdzeniowym, które spowodowały tak wiele szkód nogom i częściowo rękom. To z kolei oznacza, że wszyta dwa lata temu zastawka działa poprawnie. I na koniec – mimo braku gorsetu i prętów przy kręgosłupie oraz (nie ukrywając) wciąż mając wrażenie, że się krzywi, skolioza jednak się nie pogłębiła. Trzy dobre rzeczy na raz.

20180901_112310

Nie umiem opisać przeżycia, jakie towarzyszy oczekiwaniu na wynik. I nie zmienia siły doznań fakt, że o ile się nam z Hanią nic nie pomyliło i jakaś tomografia nie była rezonansem, w niedzielę ikonka starsza przeszła 30. raz badanie MRE. Próbowałem dotychczas wielu modeli zachowań. Jeździłem po wynik do szpitala, czekałem na telefon z onkologii, byłem umówiony z panią doktor na konkretny dzień i godzinę, udawałem, że mnie to nie interesuje, bo przecież na pewno wszystko jest dobrze i po kilku dniach dowiadywałem się o wynik. Tym razem nie spałem całą noc i rano w poniedziałek jadąc do pracy wykorzystałem pierwszy możliwy moment na telefon. Po kilku nieodebranych połączeniach udało mi się wbić między lekarski obchód a przyjęcia w poradni. W oczekiwaniu na pierwsze słowa pani doktor musiałem zatrzymać samochód na poboczu, gdzieś między Dawidami Bankowymi a Jeziorkami. Jak zwykle pociemniało mi w oczach.

Uczucie ulgi i szczęścia jest niesamowite. Wiem, że przecież badanie ani leczy, ani niczego nie psuje, tylko pokazuje jak jest. Ale póki się nie wie, to się człowiek nie denerwuje. Wiem, że lepiej wiedzieć, ale i tak czekając na wynik nerwy są straszliwe. I nie pomaga, odsunięte na bok, jakiekolwiek racjonalne myślenie. Nieistotne staje się, że nic jej nie boli, że nic nie drętwieje, że wygląda nieźle i nawet coś tam przytyła. Wszystko to nic nie oznacza w obliczu kilku sekund „klikania” w komputerze i czekania na pierwsze zdanie pani doktor. A były sytuacje, że brzmiało ono inaczej, na przykład: Znów trochę urósł, trzeba włączyć leczenie (2015).

Teraz ogarnął nas błogi stan i to badanie wyznacza faktycznie granicę wakacji – mniej ważą, choć smucą dwie mierne oceny (jedna z minusem) z przyrody ikonki młodszej i niechęć do nauki ikonek obu, czuć już zapach jeziornej wody i kremu do opalania. Odetchnąłem tak bardzo, że spadający z serca ciężar wyżłobił lej w ziemi pod moimi stopami. Pozwólcie, że chwilkę, momencik, minutkę, tym uczuciem ulgi się nacieszę.

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach. Jeśli nadal chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Numer konta w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994
,
tytułem 18757 Raj Hanna – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
DZIĘKUJĘ!

Definicja szczęścia

Tak nazwałem dwa lata temu zdjęcie zrobione dziś, 27 maja. Nie będę sprawdzał, ale możliwe bardzo, że był to jakiś weekend, może niedziela. Szczuplutka, żeby nie powiedzieć wychudzona Hania w czapeczce zasłaniającej wciąż nienaturalnie krótkie włoski, z wciąż lekko zaokrągloną buzią po sterydach. Za nią uśmiechnięta Maja, wreszcie razem, wreszcie można się wspólnie bawić, albo kłócić.

Dom, nie szpital. Zielony ogród, nie plac zabaw przy wejściu do kliniki. Smażony łosoś, nie brak apetytu i torsje. Uśmiech, nie ból.

asfasf

Bałem się nazwać tego dnia początkiem nowego, nie śmiałem wierzyć, że złe się skończyło. Nie wiedziałem tak naprawdę, ile przed nami dni spokoju, a ile z nich zostanie zabitych nieszczęściem i bólem. Okazało się, że bomba na razie nie wybucha, jej tykanie choć wciąż wyraźnie słyszalne, staje się tłem, do którego można się trochę przyzwyczaić. Trwająca dwa lata gehenna niespodziewanych zapaści, utrat przytomności, jazd karetką na sygnale do CZD, chemioterapii i niezliczonych badań krwi właśnie tego dnia – jak się okazało – odpuściła, wracając jedynie dwa razy banalnym w tym wypadku złamaniem pręta podtrzymującego kręgosłup.

Dziś w temacie Hani zdrowia panuje „pozorna stabilizacja”. Cieszę się, że nic nie eksploduje, dziękuję komu trzeba dziękować, że nic jej nie boli, nawet głowa w trakcie przetaczających się teraz burz. Pilnujemy codziennego pompowania głowy (wiem, jak to brzmi, ale to nic strasznego) i liczymy, że to w jakiś sposób pozwala kontrolować jedno z dwóch zagrożeń. Mam dziś więcej powodów, by nazywać robione z przyjemnością zdjęcia „definicją szczęścia”. Ale też odkrywam ze smutkiem, że

pewne rzeczy są już na stałe i mimo upływu czasu się nie zmieniają, nie blakną, a już na pewno nie znikają. Boję się.

Nieustannie, choć umiem w chwilach szczęścia lepiej się maskować, chociażby skupiając się na problemach przyziemnych, co nie znaczy mniej ważnych. Dziewczyny moje obie dorastają, w odmienny sposób sobie z tym radzą, ze stresem dnia codziennego nastolatki. Jedna może się wyżyć fizycznie, druga nie, więc częściej rani słowem. A umie, bo jest cholernie inteligentna. Dużo nauki i prób cierpliwości przede mną, ale damy radę. 

Teraz zrobimy kolejny rezonans, właśnie poznałem datę, już 2 czerwca. Od ostatniego badania minęło pół roku. To długi czas, potencjalnie wiele rzeczy mogło się zmienić. Na lepsze , ale i na gorsze. Jestem dużo bardziej świadomym obserwatorem różnych objawów, niż byłem dwa lata temu, nie daję się zwieść, że coś, co jest nienormalne, jest wywołane czymś innym niż główną chorobą. I to jest najważniejszym pocieszycielem i rywalem dla mojego strachu: bo nie widzę, żeby coś się złego działo. Oczywiście – Hania nie chodzi. Ale nóżki czuje, mam wrażenie (ach, cóż za cudowny medyczny fundament – wrażenie!), nie dzieje się nic z głową, ani z rękoma, silnymi co udowadnia mi ściskając moje dłonie w samochodzie aż do bólu. Ale w pełni uspokoję się, uśpię strach, dopiero po badaniu. Znów, jak dwa lata temu, na pierwszy plan wysuwają się definicje szczęścia – nadchodzące wakacje i dwa tygodnie nad jeziorem. Tam łatwiej zapomnieć o strachu i łatwiej ukryć swoje przewrażliwienie.

Hania i Maja

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach, raz jeszcze pięknie dziękuję!
Jeśli nieustannie chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Apel zaakceptowany przez Fundację Dzieciom Zdążyć z Pomocą:

sdhysdhyd

Kamień miała na sercu

SMS o 1.02 w nocy z niedzieli na poniedziałek nigdy nie będzie mi się kojarzył z czymś dobrym. Strach, który chwycił mnie za gardło, kiedy o 3.13 podnosiłem telefon i zobaczyłem ikonkę nadesłanej wiadomości, był potężny (nie pytajcie dlaczego obudziłem się i po co od razu sięgnąłem po aparat – to jakaś choroba). Pewnie to strach irracjonalny, zdaję sobie z tego sprawę. To mogło być przecież wszystko: od informacji z banku, że brakuje im 4,37 mojego franka do spłaty raty kredytu, do podziękowań od Eurowizji za głos na Słowenię. Ale w środku nocy nie ma czasu i trzeźwości na racjonalne przemyślenia.
Choć już równo 2 lata minęły od potwornych przeżyć szpitalnych, i od tamtej pory stresy związane z Hani zdrowiem były raczej z kategorii tych zaplanowanych (operacje), to lęk we mnie tkwi nieustannie. Śpi drań lepiej niż ja, ale ciągłym pochrapywaniem daje o sobie znać, nasilając się w tygodniach, poprzedzających badanie rezonansem. I znów – wiem, że przecież badanie niczego nie wywołuje, że jeśli coś się w jej środku dzieje, to lepiej, żeby o tym wiedzieć, ale za każdym razem kiedy ustalam termin MRE (teraz w czerwcu), pojawia się niepokój o jego wynik.

20190518_150143
Fot. Stół ogrodowy bez telefonu – rzadki widok. Sobota 18.05.2019

Tym razem to nie było nic o Hani, ale przyznaję, że pierwsze linijki SMS-a brzmiały złowieszczo i chaotycznie. Wiadomość wysłała Maja, przepraszała, że:

tak późno, ale będę się denerwował, krzyczał, że jej jest bardzo smutno i nie może już wytrzymać, znów pewnie powiem, że wszystko psuje, czego się nie dotknie, i że ona musi napisać, że Ciapa (kot) zwaliła z biurka telefon biały, w wyniku czego telefon się zbił, a ona wie, że to jest złe, bo ja mówiłem, że to czyjś telefon„.

Chryste! Ze trzy razy czytałem wyłuskując spomiędzy pełnych żalu i nerwów zdań istotę przekazu: Zbił się biały telefon. Odetchnąłem, prawie całkiem już rozbudzony. Odpisałem, że „biurka” nie pisze się „biórka”, co bez polskich liter brzmiało „biorka” powodując dodatkowe utrudnienia w rozszyfrowywaniu SMS-a. Dodałem, że przecież biały był już zbity, że jest noc, żeby spała dobrze i w ogóle to miłego dnia. Dopiero następnego ranka skapowałem się, że było po 3. Zapytałem ją, dlaczego zerwała się w nocy, dlaczego tak denerwowała się tą zbitą szybką, że aż musiała o 1 pisać SMS.

Bo miałam taki kamień na sercu” – odpowiedziała.

Chryste, co się dzieje w głowie dziecka tego – pomyślałem, kiedy absurd sytuacji dotarł jaskrawiej. Bo nocna wiadomość tylko z pozoru jest błaha. I nie chodzi o wartość zbitego telefonu, ani porę, w której 10-letnie dziecko spać raczej powinno mając następnego dnia szkołę. Nie jest też istotna, choć rzeczywiście irytująca, taka pewna łatwość w robieniu szkód, jaką Maja z pewnością posiada. Ja ją jednak pojmuję szerzej – po prostu boję się, że sobie coś zrobi w domu, na placu zabaw czy ulicy.
Nie. Kwintesencją upiorności tej nocnej litanii jest fakt, że w klasie mojej córki młodszej panuje jakaś zaraza smartfonowa. Dzieci, jakiś moment przed staniem się nastolatkami, dostały (szczególnie dziewczyny), totalnego świra na tym punkcie. Kuriozum polega na tym, że lepiej znają modele swoich aparatów niż to, czym się interesują, jak się uczą. Świat istnieje wyłącznie zamknięty w telefonie, mierzy się ilością aplikacji i funkcji oraz szybkością platform social-mediowych. Temat: „dostałam od mamy/taty nowy telefon” staje się wydarzeniem nie tylko dnia, ale wręcz tygodnia. Dochodzi też do bardzo przykrych sytuacji, zakończonych – nie tylko w przypadku Mai – łzami. Bo kiedy starszy smartfon lub gorszej w jakimś sensie firmy staje się powodem wykluczenia lub jego właściciel jest wyszydzany, to przestaje być zabawne. A zbicie szybki przez kota w nocy może być tragedią. Nie dlatego, że tata będzie zły, ale koleżanki będą się śmiać.

Niewiele pamiętam z I klasy podstawówki na Powiślu. Boisko. Zbieranie makulatury. Kolegę, którego tata opiekował się klasowym akwarium i w opinii mojego ojca nie znał się na tym kompletnie, wyjmując Amazonkę z ziemi i wsadzając do piachu. Wystawę o ZSRR. To była pierwsza połowa lat 80-tych. Inne czasy, inny świat, trochę inne dzieci, ale też czasem potrafiące być okrutnymi lub głupimi. Jeden taki co miał tatę marynarza czy dyplomatę przynosił do klasy na drugie śniadanie banany. Owoc, który w Polsce wtedy nie występował, luksusowy, egzotyczny, obiekt westchnień. Młodsi nie zrozumieją :-).  Ale on ich nie jadł. Wyjmował je na środku sali w trakcie dużej przerwy, oglądał z każdej strony, znajdywał brązową ryskę na żółtej skórce i wrzeszczał na całą klasę:

Zgniły! – po czym wywalał do kosza na śmieci nie tknąwszy.

Dzieci, jak to dzieci, poszły do pani. Pani jak to pani (wtedy), wezwała jego rodziców. Na wywiadówce, jak to na wywiadówce (wtedy) poszło zarządzenie, że uczniowie mają bananów nie przynosić i w ogóle z egzotycznymi owocami się nie chwalić. Zakaz dotknął też pomarańcze, mandarynki, spór poszedł o winogrona, bo były też krajowe, prosto z działki.

Dziś rolę banana spełnia nowy model np. iphone’a. Bo jedna czy druga dziewczynka się z nim obnosi i wszystkie inne jej zazdroszczą, tym bardziej, że jak jest mi przekazywane (choć dzielę to przez 10) robią to w nieprzyjemny sposób. To jeszcze maluchy, więc tłumaczenia nie pomagają. Starałem się wyjaśnić, że przecież to inny system niż android, który Maja zna. Że to nie jest sprzęt do gier i zabaw. Że ten telefon co ma jest przecież OK, nawet zbity, ale szybkę mogę wymienić. Że przecież dostała telefon jakiś czas temu. Że przecież nie wszystkie dzieci mają nowe iphone’y. Maja odpowiada, że wie, rozumie, wcale nowego iphone’a nie chce, ale jej oczy wyglądają mniej więcej tak, jakbym się pytał Buziaka (pies) czy chce kawałek szynki z kanapki.
Kategorycznie wykluczyłem opcję kupowania na raty telefonu za kilka tysięcy złotych. Musiałbym upaść na głowę i zidiocieć, żeby coś takiego zrobić. Po jasną cholerę? Sam dostałem telefon z pracy, średniej klasy samsunga, od 15 lat nie kupiłem żadnego aparatu, stare służbowe, które dostałem wcześniej zbierają kurz w szufladzie. Hania ma z tego depozytu sony, Maja (już zbitego) huaweia i starcza. Przynajmniej starczało do niedawna, nim szkolna zaraza nie przybrała rozmiarów epidemii.

Puenta tego wpisu nie jest specjalnie wyjątkowa, ale z pewnością smutna. Temat telefonów i związanych z nimi nieprzyjemnych spraw, czy nawet konfliktów, został poruszony (teraz) na wywiadówce. Padła propozycja (wzorem bananów z lat 80-tych, z tą różnicą że banany mieli nieliczni), by na zieloną szkołę dzieci pojechały bez aparatów, mając kontakt z rodzicami przez telefony opiekunów. Przytłaczającą większością pomysł został odrzucony, bo:

„jak to, przecież muszę mieć w każdej chwili możliwość zadzwonienia do dziecka, oni też tak lubią robić zdjęcia”.

Sam czułbym taką potrzebę w przypadku Hani, choć z innych powodów, dlatego nie umiem całkowicie krytykować takiej postawy. Pewnie szukałbym rozwiązań pośrednich – dzieci zabierają telefony, ale w czasie wycieczek, zwiedzania, posiłków czy innych zaplanowanych zajęć, nie mają ich przy sobie. Ale głosowanie (teraz) rzecz święta.
Chciałem jakoś przeciąć dyskusję z córką młodszą i aby udowodnić jej, że iphone’a to nic specjalnego, wygrzebałem ze wspomnianej szuflady stary aparat tejże firmy, który kilka lat temu dostałem do testowania nowej aplikacji sportowej w systemie innym niż android. Szaleństwo jakie ogarnęło Maję trudno opisać, gadała o aparacie non-stop, dokupywała kabelki, złościła się, że nie umie założyć konta, i że nie działa itunes czy coś innego. Tylko nerwy temu towarzyszyły, moje zadowolenie, że przynajmniej lepiej łapie zasięg i lepiej ją słyszę, były ignorowane.
Aż poszła z nim do szkoły, wyjęła na przerwie, usłyszała prychnięcie i pytanie, czy rodziców nie stać na lepszy telefon, bo ten jest stary. Popłakała się, było jej bardzo smutno, wyszarpała kartę i chciała mi ją oddać. Wstrętne, ohydne, chamskie zachowanie równieśnika? Pewnie, że tak i wiele rozmów z Mają o tym, co jest ważne i do czego są fajne pieniądze, jeszcze przede mną. Ale teraz przynajmniej rozumiem, dlaczego nocą musiała wstać i zamknięta w łazience pisać do mnie SMS-a o zbitej szybce huaweia.

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach, raz jeszcze pięknie dziękuję!
Jeśli nieustannie chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Apel zaakceptowany przez Fundację Dzieciom Zdążyć z Pomocą:

sdhysdhyd

Zielona szkoła vs 7 cud świata

Zaczęło się nieprzyjemnie – od awantury. To, co pozwala mi tak lekko dziś o tym pisać, to fakt, że do spięcia doszło pewnie z pół roku temu. Pomny wielu smutków i ciągnących się miesiącami różnych nieprzyjemności generowanych przez buzujące nastoletnie organizmy, nie zgodziłem się, aby w 2019 roku Hanuta pojechała na zieloną szkołę. Ograniczenia, jakimi męczy ikonkę jej choroba, były głównym powodem. Choćby te sprawy intymne, absolutnie nie do opisywania na blogu w chwili, kiedy dziecko przestaje uważać się za dziecko. Ale też te bardziej prozaiczne – jak samodzielność, ruch, konieczność brania leków. To sprawia, że Hania nie może pojechać nigdzie całkiem sama. A zielona szkoła z matką czy ojcem to nie jest to, co nastolatki lubią najbardziej.

Jednak chyba najważniejszym powodem był – dziś chyba to mogę napisać z pełną świadomością – ból wykluczenia, który Hania musiała znosić przez wiele tygodni, w zasadzie całe zeszłe wakacje, po powrocie z zielonej szkoły. Plecy jej nie bolały, głowa też nie, ale cierpiała chyba bardziej i przede wszystkim nie działał na ten ból żaden ketonal. Nie umiałem jej pomóc, ani jej pocieszyć. Chyba ten jeden z niewielu razy w życiu. Tłumaczenia, że to taki wiek, że to minie, że są inni koledzy i koleżanki, że dzieci tak mają – sam w to nie wierzyłem, widząc jak gnije w domu i nikt do niej nie dzwoni tygodniami, jak ucieka w internet, tworzenie grafik, filmów. Lekcje w domu oznaczają ograniczony kontakt z rówieśnikami. Nie czuła się dobrze w szalejących klasowych relacjach, sojuszach, nie wiedziała jak się zachować, jak się odezwać, co jest modne, kogo coś urazi, czy z kim jak rozmawiać.

Mocno ten wyjazd przeżyła nim kontakt z przynajmniej kilkoma rówieśnikami jakoś się ułożył. Eksplozja tych najbardziej przykrych zachowań miała miejsce na zielonej szkole, dlatego powiedziałem „nie” kolejnemu wyjazdowi, żeby chronić, nie wiem czy słusznie. Byłem wtedy prawie znienawidzony. Dopiero wiele tygodni później, kiedy znany był już plan wycieczki, zaczęliśmy szukać jakiejś alternatywy. I tak pojawił się Wrocław. Zamiast fokarium – Afrykarium, zamiast morza – Odra, zamiast klasy… – no dobra, to akurat nie był argument decydujący – ojciec. Ale Hanuta koniecznie postawiła warunek – wyjazd we dwoje. Tylko ona i ja. Tydzień temu zadzwoniła z pretensją, że jeszcze niczego nie załatwiłem: No co z tym wyjazdem, bo klasa zaczyna zieloną szkołę już w poniedziałek?

Pojechaliśmy i do diabła powiem Wam, że było to cholernie dobre. Już w samochodzie ustaliliśmy, że ona jest szefową, potem dotarliśmy do prawdy, że nigdy – poza wyjazdami do szpitala – nie byliśmy nigdzie sami. I jeszcze w hotelu, już zasypiając, śmialiśmy się, że ostatnio tak blisko byliśmy wtedy, kiedy chrapałem na leżaku kiedy ona w szpitalnym łóżku dochodziła do siebie po operacji. Teraz też chrapałem.
Spędziliśmy świetne dwa dni we Wrocławiu – ogrodzie botanicznym i zoo, hotel mieliśmy dosłownie 200 metrów od jego wejścia. Zjedliśmy kolację na rynku, spacerowaliśmy wzdłuż Odry, ale kulminacją było Afrykarium. Wydarzeniem, które sprawiło, że żal, iż nie pojechała na zieloną szkołę z rówieśnikami był ciut mniejszy, okazał się podwodny tunel, w którym nad głowami pływają rekiny, płaszczki, żółwie. Marzyła o tym i jednym najwspanialszych uczuć było zobaczyć jak oniemiała z wrażenia. Nie jest przesadzone, że jest to jeden z najwspanialszych zoologicznych cudów na świecie.

wroc1wroc2

Bardzo mi się tam podobało. W zoo mogłyby być tylko gigantyczne akwaria. Ale jak się zapewne domyślacie nie sam ogród był najistotniejszy w tej eskapadzie. Nawet nie to, że widziałem tak dużo uśmiechu na jej twarzy, nie to też, że czułem satysfakcję z dotrzymywania słowa. Największą przyjemność sprawiło mi wielogodzinne jej nawijanie – w samochodzie, czy w hotelu wieczorem. Powiedzieliśmy sobie więcej niż przez kilka ostatnich tygodni.
Z pewnym zdumieniem więc odebrałem jej deklarację (stanowczą) że za rok jedzie na zieloną szkołę. Znów powiedziałem „nie”, ale perspektywa jest zbyt odległa, by doprowadzić do sprzeczki. Niemniej powoli zaczynam się martwić, gdyż jestem niemal pewien, że w Polsce drugiego takiego miejsca jak akwaria wrocławskie nie ma.

***************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach, raz jeszcze pięknie dziękuję!
Jeśli nieustannie chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Apel zaakceptowany przez Fundację Dzieciom Zdążyć z Pomocą:

sdhysdhyd

 

 

Pamiętajcie o Hani przy 1% :-)

NUMER KRS:

0000037904,

„INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE – CEL SZCZEGÓŁOWY 1%” PODAJ:

18757 Raj Hanna

jkhasdehgjwe
Najlepsi, pomagacie nam już kilka lat, od samego początku tego cholerstwa
. Wasze wsparcie, słowne, czy finansowe, zawsze było dla nas bardzo ważne i pozwalało iść do przodu, walczyć, nie załamywać się. Dzięki Wam Hania ma kolejny wózek inwalidzki, jeszcze następne ortezy na nogi, leki i inne gadżety medyczne, zajęcia z rehabilitacji. Wszystko, co kiedykolwiek będzie jej potrzebne, może mieć dzięki Wam, dzięki Waszym odpisom 1% podatku i innym wpłatom. To ogromna ulga, za którą jeszcze raz chcę podziękować. Możemy się skoncentrować na rzeczach najważniejszych, nie myśląc ciągle o pieniądzach, to wasza zasługa.

Wiem, że cieszycie się tak jak i my, że mniej jest dziś tutaj wpisów ze szpitala. Nie jesteście bombardowani kolejnymi pooperacyjnymi obrazami i zaskakiwani nieciekawymi wiadomościami o jej zdrowiu. Bomba tyka, ale cicho. Udaje nam się o niej nawet czasem zapomnieć. Taki mokry kapiszon. Po strasznych dwóch latach Hania wreszcie może odpoczywać i uczyć się. Nie zanudzam Was wpisami o jej sukcesach edukacyjnych, czy szaleństwach związanych z szyciem, rysowaniem, tworzeniem, montowaniem, o jej podbojach internetu. Nie opisuję każdej kłótni z Mają, której dawno już wyrosły anielskie skrzydła na plecach, i której, dzięki cofnięciu się choroby Hani, można też poświęcać teraz więcej czasu i uwagi. Ze szczegółami kiedyś wystukam tutaj o wielkiej miłości do Szczerbatka, czy o pierwszej tej prawdziwej, nie do maskotki. Ale dziś chcę Was jeszcze raz prosić o 1%.

To ostatni weekend przed rozliczeniem podatku (30 kwietnia). Pewnie wielu z Was będzie wypełniać PIT-y, te elektroniczne wymagają wpisania ręcznego specjalnego celu. Proszę Was, jeśli nie macie innego „kandydata”, może zechcecie wesprzeć Hanię. Jej potrzeby, mimo niezłego samopoczucia, nie kończą się, nie zmieniają. W połowie maja będzie znać termin kolejnego rezonansu, który pokaże, czy guz nadal stoi i co z przeklętymi jamami, które odebrały jej nogi. Hania nie chodzi, z wózka wyrasta, będzie potrzebny kolejny za kilka-naście tysięcy złotych. Nie rezygnuje też z rehabilitacji, z dumą prezentując poruszające się o centymetr w lewo i prawo stopy. Czeka ją pewnie też gigantyczna operacja kręgosłupa, o której już tu pisałem, wciąż ma w główce działającą zastawkę. Wiele etapów tego wyścigu po zdrowie jeszcze przed nami.

Za Waszą pomoc mogę odwdzięczyć się tylko słowem i jej zdjęciami, z siostrą i z mordą ojca na selfie, czy też bez. I opisywaniem, co u nas, co u niej. Mam nadzieję, że także dzięki Wam, więcej będzie tu przyjemnego nudzenia, niż opisywania chwil strasznych, których wszyscy mamy serdecznie dość. Bardzo Wam jeszcze raz dziękuję.

Jeśli chcecie, możecie Hanię wesprzeć też w inny sposób, nie tylko przy okazji wypełniania PIT. Bardzo prosimy:

Numer konta Hani:
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

I apel FDZZP

sdhysdhyd

Trudne pytanie o dwa mieszkania

Maja wczoraj zaskoczyła mnie wieczorem pytaniem o opiekę naprzemienną. Zaczęła od trzeciej strony, mówiąc mi przez telefon, że ma pytanie, ale ono jest „tata, takie trochę dziwne, więc się nie zdziw”. Spodziewałem się czegoś o internecie, o publikowaniu na youtube, ostatecznie może coś ze sportem. Ale ona usłyszała gdzieś w jakimś serialu, że jak dzieci są dwa tygodnie u matki i dwa tygodnie u ojca, to jest naprzemienna opieka. I pyta mnie, czy u nas tak być może, czy nie może.

afsafFot. Ostatni weekend z dziećmi. Ten z przekłutym uchem i lennonkami.

W zasadzie nie musiałem odpowiadać, bo Maja odpowiedziała sobie sama: „Wiem, to by się nie udało, bo ty pracujesz”, zdołałem w zasadzie dopowiedzieć, że to prawda, ale po prostu tak się umówiliśmy, że tu jest wasz dom główny (chyba tak to określiłem), bo blisko szkoła itd, ale że przecież wie, że zawsze może się wyrwać kiedy chce do taty, no i taka zmiana to nie hop-siup, bo trzeba by było wszystko przeorganizować. I pewnie, że bym chciał, ale na razie to trudne i lepiej, że ma kochającego ojca na każde zawołanie, niż pochrzaniony totalnie grafik miesiąca.

Mai to wystarczyło, starsza ten etap ma już chyba za sobą, ale pewnie jednak takie pytania będą pojawiać się częściej, będą próby (już niejednokrotnie uskuteczniane) wykorzystywania faktu posiadania dwóch domów i żyjących oddzielnie rodziców do szantażów i ugrywania swoich nastoletnich interesów. Nim przyjdzie się z tym zmierzyć, cieszymy się wspólnym przedświętem i poświętem. To dziwny czas. Od 8 kwietnia nie chodzą do szkoły, bo egzaminy i strajk. W zasadzie dzień powszedni nie różni się od weekendu. Chyba, że weekend ze mną, wtedy dla nasz wszystkich robi to ogromną różnicę.

********************************************************************************************

Jeśli chcecie pomóc Hani, bardzo proszę – zróbcie to. Najłatwiej przekazując jej swój 1 % podatku. W ten sposób wypełniając rubryki w PIT.

NUMER KRS:

0000037904,

„INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE – CEL SZCZEGÓŁOWY 1%” PODAJ:

18757 Raj Hanna

Jeśli chcecie pomagać Hani, ale nie macie jak przekazać 1% – będę szczęśliwy i wdzięczny. To numer konta Hani:

13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Dziecko może symulować i nie można nigdy tego ignorować

Poruszyła mnie historia z telewizji o nastolatku, który wracał z wycieczki szkolnej i zaczęła go boleć głowa. Lekarz, do którego trafił, raczył napisać w dokumentacji, że prawdopodobnie „chłopak symuluje”. Stało się tak z całkowicie niezrozumiałych powodów – w reportażu matka przekonywała, iż powiadomiła szpital, że chłopak ma zastawkę Pudenza, czyli coś takiego jak ma wstawione Hania. Pamiętacie być może tę „łamigłówkę hydrologiczną”: ponieważ jest guz w rdzeniu kręgowym, który blokuje przepływ płynu mózgowo-rdzeniowego, ten zbiera się w głowie. Może to doprowadzić do niedotlenienia mózgu i jego uszkodzenia. Zastawka nadmiar „wody” spuszcza bezpośrednio do brzucha specjalnym, wszytym pod skórę kanalikiem. Jeśli nie działa – głowę rozsadza ból, na który nie pomagają pigułki. I zegar zaczyna tykać.

U Hani nie tylko tykał, ale wręcz wył alarmująco jak budzik. Działo się to wiosną 2016 r. Dziś jak o tym pamiętam wjeżdżają mi przed oczy naprawdę dziwne obrazy. Hanuta na tarasie drewnianego domku na ogródku, dyndająca nogami, w jednej chwili na milion, kiedy trzy różne leki na chwilę stępiły ból głowy. Przejażdżkę żółtą półciężarówką do sklepu, która miała być frajdą a skończyła martwieniem, czy podskoki w samochodzie nie wywołały bólu skroni. Zajechanie z Mają po drodze do szpitala na stację po łakocie i picie dla Hani. Zdjęcie pustego korytarza neurochirurgii o 2 czy 3 w nocy, kiedy czekałem na jej powrót z sali operacyjnej, lekko tylko zaniepokojony zaczynającym się za kilka dosłownie godzin strajkiem pielęgniarek, pielęgniarzy i innego personelu medycznego w CZD. To była najbardziej zdumiewająca historia (link do wpisu z maja 2016 r.) z jej walki o zdrowie, może nie najstraszniejsza, ale też nie chcę takich rankingów tworzyć. Trzy operacje niemal jednak po drugiej. Między drugą a trzecią nie do końca się zdążyła wybudzić. Na pamiętała wymiotowania krwią, zanikającego oddechu, badania tomografem i szalonej jazdy łóżkiem na salę operacyjną.

Zaczęło się od bólu głowy, u nas też nie każdy lekarz i nie od razu podjął decyzję o operacji. Były sugestie, że może to nerwobóle, bo Hani budowa czaszki nie pokazuje jednoznacznie, że coś się złego dzieje z komorami mózgowymi. Ale doświadczenie lekarzy było na tyle duże, że wiceszef oddziału podjął decyzję o sprawdzeniu zastawki. Pierwszy zabieg nie udał się, trzeba było powtórzyć. Trzeci raz jechała już na salę operacyjną w trybie pilnym. Dziś sądzę, że uratowano jej życie. I często w myślach dziękuję lekarzowi, który naprawiał to, czego ktoś inny… nazwijmy to dziś, po trzech latach niedopatrzeniem.

Chłopiec z reportażu telewizyjnego na stół trafił za późno, jest dziś niemówiącym, sparaliżowanym, niezdolnym do samodzielnego życia nastolatkiem, całkowicie zależnym od opiekuna, przyspawany do łóżka.

szsdg
To oczywiście historia o skrajnej nieodpowiedzialności,
o błędzie lekarskim, który trwale pozbawił drugiego człowieka. O oburzającym przypadku olania poważnej sprawy, obrzydliwego spuentowania, że to symulowanie. Być może człowiek, który jest za to odpowiedzialny powinien ponieść karę, która jest dotkliwsza niż utrata możliwości wykonywania zawodu.
Symulowanie jest powszechne u dzieci. To codzienność. Obowiązkiem dorosłego, czy to lekarza, nauczyciela, czy rodzica, jest rozpoznawanie i rozróżnianie. Nigdy nie można sobie pozwolić na zignorowanie, nawet teoretycznie błahych spraw. Oczywiście między bólem głowy Hani a spuchniętym palcem Mai jest przepaść, oczywiście kiedy Hanię coś boli, to wszystkie włosy stają mi dęba a kiedy Maja choćby z płaczem wraca z podwórka i wyje, że się uderzyła w palec, zdenerwowanie jest mniejsze. Są wątpliwości, podejrzliwość, że może zwraca na siebie uwagę, może nie chce iść do szkoły? Równie często takie posądzanie o nieczyste intencje jest dla dziecka krzywdzące, jak i w pewien sposób uprawnione. Ale to nie znaczy, że nim nie sprawdzę, to mogę olać i powiedzieć, że symuluje.

Dwa przykłady: 1) zatarła oko. Bolało, szczypało, no ale pewnie brud z rąk, co nie? Okazało się, że wbity w oko na sztorc fragment brokatu z bombki.  2) bolał palec. Ale nie puchł, nic wielkiego się nie działo. Okazało się, że złamany (pęknięty). Teraz znów boli palec i choć już świat usłyszał, że jest sino-czarny, boli i się nie rusza, i że konieczna jest co najmniej wizyta na rentgenie, to fakty są takie, że nie puchnie, jest obity, rusza nim i nic się nie dzieje.
Sam będą niewielkim człowiekiem raz czy dwa symulowałem ból brzucha. Zostawałem w domu, bajki, komiksy, sielanka. Za którymś razem spędziłem z rodzicami kilka godzin w szpitalu na dawnym Komarowa (dziś Wołoska) i mi się odechciało symulować. A kilka lat potem wylądowałem w szpitalu z bólem brzucha i poznałem różnicę między polskim a szwedzkim przybytkiem leczniczym. To było Malmo, 1989 rok. Mimo że wcześniej oszukiwałem, kiedy było trzeba nie zostałem zignorowany.

********************************************************************************************

Jeśli chcecie pomóc Hani, bardzo proszę – zróbcie to. Najłatwiej przekazując jej swój 1 % podatku. W ten sposób wypełniając rubryki w PIT.

NUMER KRS:

0000037904,

„INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE – CEL SZCZEGÓŁOWY 1%” PODAJ:

18757 Raj Hanna

Jeśli chcecie pomagać Hani, ale nie macie jak przekazać 1% – będę szczęśliwy i wdzięczny. To numer konta Hani:

13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Pan z petem zazdrości

Piątek, 22 marca, godzina 18.25.

Jeszcze nie jest całkiem ciemno i wieje tylko trochę. W sumie przyjemnie, choć nie tutaj, gdzie rozlewa się i ogarnia wszystko nerwowa powódź ludzkich natręctw. Nasz sklep to nie jest ten największy w Europie Wschodniej, ale mały też nie. Ogromna sieciówka niewątpliwie. Przed sklepem, świeżo po remoncie, gdzie nie ma już śmierdzącej i utytłanej gównem toalety, którą poznaliśmy z bliska, kiedy zdarzało się, że się zachciało w trakcie zakupów, jest wylany asfaltem wielki jak boisko parking. Trudno o większy, choć się pewnie zdarzają. To jest kwintesencja chaosu, jego najczystsze centrum.
Samochody stoją wszędzie. Wciśnięte między porzucone byle gdzie brudnawe wózki z zepsutymi mechanizmami, które już nie łykną złotówki i nie muszą być zapinane do siebie. Skryte za pękniętym koszem na śmieci, który ktoś przestawił tak, by nie blokował wjazdu dla dostawców. Na kostką świeżo pokrytym, ale już zapadniętym chodniku, wytyczonym nie wiadomo po co od szosy bez przejścia dla pieszych, do pola, które kiedyś było sadem. I na trawnikach, z rolki może, tam błotne koleiny widać najlepiej, słychać też najgłośniej utyskiwania bohaterów pulsującej sceny, bo dopiero co z myjni wyjechał, na zakupy przyjechał i już brudny, a niech to.

kjasss

W radiu wyje koleś, że jak sobota to do sklepu, bo w niedzielę zamknięte i nie będziesz miał co do gęby włożyć. Beznadziejne, ale działa, choć do soboty zostało jeszcze kilka godzin. „Parking! Ho, ho, ho, ha!” – wyjemy tekst i my. Humory dopisują, wspólny weekend przed nami, totalny bajzel na parkingu przed marketem mamy zamiar przechytrzyć. Pod samym wejściem, gdzie jak autem przejeżdżasz, to aktywujesz samo się rozsuwające drzwi, są całe dwa miejsca dla niepełnosprawnych. Podczas remontu chlapnięte niebieską, miękką jakby farbą, z wciąż jeszcze wyraźnym symbolem niepełnosprawnego na wózku. Ktoś jednak był większym cwaniakiem, oba miejsca są zajęte, ba, nawet nie przez dwa tylko trzy auta, wszak nazywane kiedyś kopertami dla niepełnosprawnych prostokąty są szersze, po co to marnowanie miejsca, trzy też wejdą. Na jednym samochodzie nie widzę, na drugim jednak jest naklejka z „logo inwalidy” – jak nazywa ją upraszczając deko moja córka – przy trzecim, bez tekturki z danymi niepełnosprawnego uprzywilejowanego, bez znaczka także, stoi pi razy oko 40-letni mężczyzna i pali papierosa. Zatrzymujemy się skosem, trochę bez sensu, byle nie blokować wąskiego przejazdu między kolejnymi rzędami klientów, jakiś metr od nóg faceta. Otwieram drzwi, wysiadam, nie gasząc silnika. Rzucam: – Proszę, czy mógłby pan przestawić samochód? – i obchodzę swoje kombi, żeby najpierw wyciągnąć z bagażnika zielonkawy bolid z terenowymi kółkami, a potem z przedniego siedzenia córkę. Bardzo mnie cieszy, że po tej cholernej chorobie zaczęła jeść normalnie, że zaczyna ważyć mniej więcej tyle, ile dziewczyny w jej wieku ważą, że nie wymiotuje i przybiera, głównie w mięśniach biczowanych ćwiczeniami kilka razy w tygodniu. Ale kiedy nadgarstek przeszywa ból, a na czole pojawia się pot, wykrzykuję w myślach obawę, ile jeszcze dam radę unieść. Sadzam ją na wózek, udaje się bez klapnięcia, układam sparaliżowane nogi. Wieje trochę bardziej, ciemniej się robi, pcham ją szybko do wejścia, żeby nie zmarzła, osuszając przy okazji czoło i skronie.

W tym czasie mężczyzna bez słowa rzuca peta, wsiada w srebrnego, niemłodego już Francuza, znanego mi, bo sam takie coś miałem, i grzecznie wycofuje. Kątem oka ledwie, wszak straciłem już zainteresowanie kiedy moja prośba została spełniona, widzę jak penetruje kolejne, coraz dalej od wejścia wytyczone alejki, żeby wreszcie coś znaleźć wolnego, jakieś 50 metrów w prostej linii od drzwi sklepu. Możliwe, że myślę, „dobrze ci tak teraz”, ale w sumie nie zazdroszczę, miał taką fajną miejscówkę. Pech, stanął tylko na chwilkę, ale się napatoczyliśmy. Mógł tak jak ten drugi zniknąć i nic by się nie stało.
Pół minuty zajmuje mi odstawienie dziecka do drzwi, wracam i parkuję samochód na zwolnionym przed momentem miejscu. Facet też już zdążył wrócić, znów pali, prawie w tym samym miejscu, niemal opiera się o nasze auto, ale ignoruję, póki sobie dżinsów o drzwi nie wyciera. Składam tylko lusterka na wszelki, gdyby jakiś sklepowy kierowca chciał zabrać je ze sobą i wysiadam. – Skoro córka ma wózek, to chyba można stanąć dalej i dojechać – słyszę komentarz mężczyzny. Nie jest miły. Ani komentarz, ani pan nie wygląda na zadowolonego. Szlag mnie trafia, jak to szlag, nagle. Momentalnie wraca mi pot na czoło, trzaskam drzwiami, choć nie lubię i drę się, pewnie trochę plując i wiedząc, że właśnie po raz kolejny straciłem nad sobą kontrolę a jednocześnie zastanawiając się, czy aby córka mnie nie słyszy: – Ma 25 centymetrów nowotworu w kręgosłupie, chcesz się – kurwa – zamienić?

Nie wiem, czy coś odpowiedział. Mam to generalnie w dupie. Czułbym pewnie satysfakcję, że tak mu wyjechałem, że tak naturalnie wszedł mi wzmacniający przekaz przecinek, ale złość w czystej, pierwotnej postaci zalewa mi wszystkie inne emocje. Gdybym był trochę bardziej prymitywny, tylko kapkę mniej wychowany, odrobinę miał w sobie więcej agresji, facet dostałby w mordę. A może i z kopa. Gdyby w wejściu do sklepu nie czekała córka, to może było by trochę scen na parkingu podwarszawskiego marketu. Zwyczajnie jednak wszystko mi opada i mi się nie chce wrzeszczeć dalej, idę już do sklepu, wciąż trzęsącymi się rękoma wrzucam pierwsze siedem małych bułek w trzech różnych rodzajach, z dynią, podłużnych i klasycznych kajzerek do koszyka, jedną ręką ciągnę czerwony wózek sklepowy, drugą, w której nadgarstek napieprza, pcham terenowy pojazd córki.
Wyżywam się kilka półek dalej, między ogródkiem z bazylią a lodówką z kawałkami łososia atlantyckiego, które córka wchłonie w sobotę na obiad. Ofiarą starszy pan z ochrony. Upominam go – sam to słyszę – zbyt nadętym tonem i pseudo pewnie inteligenckim wywodem, żeby pilnował nie zajmowania miejsc dla osób niepełnosprawnych przez kolesi, którzy takiego prawa nie mają. Ten odpowiada, skromnym „oczywiście”, ja nadal nie przyswajam satysfakcji, choć przypomina mi się jak podobny jegomość w czarnym, spranym stroju nasadził się kiedyś, parę miesięcy wcześniej na mnie przy kasie, by dopytać, czy na pewno zapłaciłem za bułkę z czosnkiem, którą wtryniliśmy z córką stojąc w kolejce, zbyt zdrowi oboje i niezbyt się spieszący, by zwrócić komukolwiek uwagę, że dziecko na wózku inwalidzkim mogłoby zostać przepuszczone.

Wieczorem wieje mocniej, ciemno jest i robi się zimno, nieprzyjemnie, na tyle, żeby nie chcieć wychodzić po butelkę wina, której chyba z tej złości zapomniałem w sklepie kupić. Już się w domu wygadałem, już dzieciak leży w łóżku i za godzinę ma odłożyć komórkę, w której mogła filmy pooglądać po godzinie nauki przyrody, żeby wziąć książkę i z nią zasnąć. Złość mija powoli, pojawia się smutek, bezsilność. Wiem, że zachowałem się jak cham i nie ma znaczenia w tej chwili, że pan z petem mógł się nie odezwać, nie prowokować. Zastanawiam się, czy w sklepie była jego żona z dzieckiem, córką może, pełnosprawną. Czy go moje słowa dotknęły, zabolały, czy tylko wkurzyły, wreszcie czy się do cholery zastanowi następnym razem, czy znów stanie na niebieskim lądowisku dla inwalidów. Może obudziłem właśnie w nim potwora, który do tej pory tylko zazdrościł mi, że w piątkowy wieczór nie mamy z córką problemu z zaparkowaniem w chaosie parkingowym, a teraz zazdrość zastąpi zawiść. Czyli złość skierowana ku takim jak ja, nadętym przywilejami opiekunom dzieci z niepełnosprawnością.

Niektóre szczegóły nie mające wpływu na całą opisaną sytuację zostały zmienione, ale historia jest prawdziwa.

************************************************************************************
Jeśli nie zraziła Was do mnie powyższa historia lub po prostu chcecie pomóc Hani, bardzo proszę – zróbcie to. Najłatwiej przekazując jej swój 1 % podatku. W ten sposób wypełniając rubryki w PIT.
NUMER KRS:
0000037904,
„INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE – CEL SZCZEGÓŁOWY 1%” PODAJ:
18757 Raj Hanna

Jeśli chcecie pomagać Hani, ale nie macie jak przekazać 1% – będę szczęśliwy i wdzięczny. To numer konta Hani:
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Najlepsi, zostało tylko 6 tygodni

Fundacja Dzieciom Zdążyć z Pomocą zaakceptowała apel Hani na 2019 rok. Udostępniam go tu, choć wszyscy doskonale wiecie i  znacie dane ikonki. Znajdziecie je pod każdym wpisem na tym blogu. Pewien portal społecznościowy przypomniał mi niedawno, że dwa lata temu Hania wróciła do domu po najbardziej koszmarnym kwartale w historii. Potem jeszcze dwa razy do wakacji odwiedziła szpital, ale ten powrót, okraszony zdjęciem pałaszowanego łososia, pamiętam to doskonale, był taką iskierką. Dziś jej ogień płonie, także w nastoletnim charakterku, ale doskonale wiemy i pamiętamy, jak łatwo go stłumić, jak szybko choroba potrafi uderzyć i jak długo, czasem nieodwracalnie niszczy Hani organizm.

Dlatego proszę raz jeszcze o wsparcie z Waszego 1% podatku. Dzięki Wam radość chwili, że nic się złego akurat teraz nie dzieje, jest pełniejsza. A potrzeby Hani się nie zmniejszają. Zaraz znów wyrośnie z wózka :-). Z góry bardzo, bardzo dziękuję. 

Wersja do kopij -wklej:

NUMER KRS:

0000037904,

„INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE – CEL SZCZEGÓŁOWY 1%” PODAJ:

18757 Raj Hanna

Jeśli nieustannie chcecie pomagać Hani, ale nie macie jak przekazać 1% Hani – będę szczęśliwy i wdzięczny:

Numer konta Hani:
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Apel:

sdhysdhyd