Tego jeszcze nie graliśmy – przeszczep, żeby się nie nudziło

Coraz trudniej pisać o dzieciach, które przestały nagle być dziećmi, w rozumieniu tego, że nie wszystko co się dzieje w ich życiu mogłoby w mojej czy ich ocenie trafić do bloga, czy inną formę. Na przykład Maja – nie życzy sobie zdjęć ani robienia, ani wstawiania gdziekolwiek, więc koniec i kropka. U Hani z kolei pewne rzeczy się ustabilizowały, kolejne się powtarzają, w koło pisać, że szkoła nie jest najłatwiejszym w jej przypadku z zadań życiowych też powoli traci sens. Ale gdy zobaczyłem, jak dawno nie pisałem, to mi się trochę smutno zrobiło i przypomniałem sobie, że jednak wiele rzeczy imponujących się w tym czasie wydarzyło. W jakimkolwiek tego słowa – imponujący – znaczeniu.

Zacznijmy od Mai. Czy Wy wiecie, że ona w tym roku zdaje pierwszy poważny w życiu egzamin i za chwilę będzie licealistką? Że rozmowy o koniach, wyścigach, koncertach Maty i jak zrobić makaron z pesto wypierane są przez dywagacje dotyczące kierunków tematycznych w liceach? Czy iść do szkoły na Ursynowie, bo blisko, czy do takiej z kryminalistyką, bo ciekawe, czy może tam, gdzie idzie towarzystwo? Nauka w 8-klasie przypomina nieustający ból zęba i wcale nie chodzi mi o to, że ktoś jest leniem, nieukiem, czy olewusem. Uważam, że Maja (i nie tylko ona, pewnie dotyczy to większości nastolatków w jej wieku) uczy się bardzo dużo, za dużo i za głupio. Nie wydaje mi się, aby była to wina złej organizacji pracy po jej stronie, braku czasu marnowanego na głupoty, wystawaniem na skateparkach czy wałęsaniem się po galeriach handlowych. Nie przypominam sobie, aby program nauczania jeszcze kilka-kilkanaście lat temu, nie tylko w „moich” czasach, był tak przeładowany, że codziennie jest coś, a często dwie rzeczy – kartkówka, klasówka, słówka, pamięciówka, prezentacja etc. Jest jakiś dziki pęd, być może – teoria chałupnicza, do której czuję przywiązanie – związana z nieustanną obawą lub teraz już przyzwyczajeniem, że wrócą mroczne dla szkoły i nauczycieli czasy pracy zdalnej, kiedy brać uczniowska rozpierzchnie się po domach i podwórkach, wobec czego póki jest w miarę normalnie to gnajmy, pędźmy, sprawdziany wrzucajmy, żeby na koniec semestru uczeń miał 15 ocen z języka obcego. Po co?


Nie wiem jak inni, ale ja zacząłem sam dziecko namawiać do odpuszczania, nie przejmowania się, nie mam żadnych pretensji za tróję z Pana Tadeusza, bo wiem, że choć to niby łatwe, to tego samego dnia był niemiecki i matematyka. Szkoła jest ważna, wiedza jest ważniejsza, szczęście nie ma sobie równych. Odpuśćmy nim dzieciaki zamienią się w zombie bez czasu wolnego, bez zajęć pozalekcyjnych, które nie są korkami, tylko np. jazdą konną czy słuchaniem muzyki. Starczy. Chodzimy z Mają na koncerty (na razie te hip-hopowe, SBM, Bedoes, Mata), kombinujemy jak znaleźć czas na konie i grę w FIFA 23. I dla siebie. Uwielbiam np. te dni w tygodniu, kiedy po szkole jadąc na konie wpada na obiad, albo się przebrać w zabłocone buciory. Super przerywnik. Dla mnie celem jest by mniej zrzędliwa była, naburmuszona, żeby się cieszyła, także małymi rzeczami a nie ciągle zamartwiała. Spokojnie, jeszcze się taki nie znalazł, który chcąc nie dostał się do jakiejś szkoły.

Hania. Druga liceum. DRUGA liceum. Rozszerzenie z informatyki, dużo mniej nauki niż siostra, ale też miała czas, kiedy nie było zmiłuj i wielomiany trzeba było wykuć, rozprawki przyswoić, z biologii karną kartkówkę skrobnąć. W szkole – jak zawsze. Jest zawsze trochę z boku, zawsze trochę nie w gronie. Ograniczenia robią swoje. Odbija sobie w świecie wirtualnym, z rzeczywistymi znajomymi. Tak rzeczywistymi, że już na początku kwietnia spotka się być może z nimi na koncercie w warszawskiej Stodole. Idziemy (ja też, a jakże – mogę na Matę, mogę też na indie rock!) na pierwszy w Polsce koncert LoveJoy. Bilety zostały niemal dosłownie wyszarpane, jeszcze tylko muszę się zastanowić jak skomunikować się z szanownym klubem, aby zrozumiał i pomógł (zgodnie ze swoimi zapewnieniami na stronie internetowej), że niepełnosprawni na wózkach mogą w pełni skorzystać z dobrodziejstw koncertowych, że nie żadnych ograniczeń, że jest balkon, na który można delikwentkę w tym wypadku wciągnąć. Na razie odwoływanie się do tych prawd skończyło się odesłaniem do organizatora koncertu. W końcu tam pojedziemy i załatwimy, bo akurat szczerze napisze, że mnie i ją tym bardziej najmniej będzie bolało, kiedy metalowy podnóżek wózka będzie walił koncertową widownię po achillesach.

I na koniec o zdrowiu. Ostatni wpis był o raku, który chrapie i niech zdycha. Kolejny rezonans jakoś przed wakacjami, na tyle odległy to był termin, że przyznaje z lekkim wstydem wyleciał mi z głowy. Jak będzie – napisze z pewnością. Ale szpital nie zapomina, więc Centrum Zdrowia Dziecka było grane i to w temacie, którego dotąd nie graliśmy – mianowicie przeszczep. Tak, dokładnie w ten poranek w poniedziałek, kiedy sobie pomyślałem, że w końcu muszę odpocząć, że przydałaby się jeden tydzień spokoju, że muszę naładować baterię, wszak zmieniam pracę po 20 latach harówki w jednym miejscu, zadzwoniła chirurgia. A chirurgia dlatego, że w wakacje na Hani łokciu, tym samym, który służy jej do podpierania się w pozycji siedzącej na wózku, bo do czego innego, zrobiła się mała ranka.

Trzy miesiące później ranka miała już średnicę monety 5 złotych, zachowywała się jak oko w pończosze i za Chiny ludowe nie miała żadnych szans na zagojenie się. Liczne konsultacje, badania, wizyty na szczęście wykluczyły zakażenie, ale nie wykluczyły trwałego uszkodzenia np. ścięgna czy innej torebki stawowej. Stąd operacja. Coś, co miało być zabiegiem zakończyło się grubymi działaniami, przeszczepieniem fragmentu skóry wraz z tkanką z ramienia na ów łokieć, zrobienie poduszki niejako. łokieć bardzo długo się goił, bo to takie miejsce, że nie ma cudów, ciągnąć będzie. Zdążyliśmy nawet nowy wózek zamówić z wygodniejszymi oparciami, żeby odciążyć rękę, łaziła do szkoły z poduszką pod pachą, cyrki nieziemskie. Tak naprawdę dopiero w zeszłym tygodniu powiedziała mi, że zaczyna powoli czuć nową część łokcia.
Ale poza tym, wszystko gra 🙂 Siedzenie na bombie ani trochę nie jest wygodniejsze, wcale łatwiej nie jest, nie da się i nie staram się przywyknąć. Już w nowej pracy, dwa dni temu, przeprosiłem kolegę, bo zadzwonił telefon na spotkaniu i wyświetliło się „Hania”. jak zwykle wypadłem z salki jak oparzony i spytałem „co się stało?”. Nic – zapomniałem, że ma okienko na wuefie i się nudzi.

………………………………………………………………………………………………………………

1% podatku – wszystkie informacje i apel TUTAJ

W formularzu PIT wpiszcie numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podajcie:
18757 Raj Hanna

***

Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

Remis, czyli zwycięstwo. DOBRY WYNIK REZONANSU! Guz ani drgnął [UFFF…]

Tak! Tradycji stało się zadość. U progu wakacji Hanuta miała badanie rezonansem w Centrum Zdrowia Dziecka i wynik tegoż jest bardzo dobry – nic się nie zmieniło, nic nie rośnie, nic się mocniej nie wybarwia ani też kręgosłup nie jest mocniej skręcony. Na tyle wyniki są stabilne i uspokajające, że kolejne badanie od razu zostało przez naszą panią doktor ustalone na za równy rok – 22-23 czerwca 2023.

Radość, to jak zwykle mało powiedziane. Ale w tym roku przeżywana nieco inaczej. Być może przez to wszystko dookoła, może też z perspektywą tego, co się dzieje na świecie, jednak przede wszystkim dzięki temu, że przez cały czas między ostatnim badaniem a najnowszym nie wydarzyło się nic niepokojącego, żadnego najmniejszego sygnału, że coś może iść nie tak. Hania czuje się dobrze, raczej nie choruje (poza sytuacją, kiedy ojciec ją wychłodzi w basenie), męczy się w normie, nawet po kilku godzinach w szkole, śpi dobrze. Ręce działają, nogi nie działają, ale dają oznaki życia, głowa – tfu tfu – nie boli.

Z tego wszystkiego nawet się zapomniałem porządnie zdenerwować i jakiś tam sen między badaniem a wizytą u lekarza się przytrafił. Niemniej wszystko się udało, ws gabinecie pierwsze zdanie już brzmiało: wszystko w porządku! – więc można było przejść do tematów strategicznych. A te są dwa. Pierwszy – Hania dorosła (choć twierdzi, że to ja musiałem dojrzeć) do operacji usunięcia portu, który od kilku lat w postaci kulki pod obojczykiem pozwalał jej bezstresowo i mniej boleśnie zakłuwać się przed badaniami, ale też wymuszał przepłukiwanie owego portu co 6-8 tygodni. Zabieg będzie jesienią, jednego dnia położenie i operacja, drugiego dojście do siebie i do domu. Od tego czasu przed kolejnym badaniem będzie musiała dać się zakłuć w żyłę.

Drugi temat długofalowy został odłożony na za jakiś czas, ale wróci bardzo szybko. Hania jest pacjentką CZD od 11 lat. Za niemal równo 2 lata skończy 18 lat. I musimy zabezpieczyć jej przejście z dziecięcej onkologii do tej dorosłej, która często w zderzeniu z dopiero co dzieckiem jest w stanie wygenerować z siebie opinie w stylu „jakim cudem pani jeszcze żyje z tym glejakiem?” (fakt, nie opinia). Nasza pani doktor radzi jeszcze chwilę się nie martwić, bo coś się zmienia i niewykluczone, że będzie jakiś system przejściowy, żeby te dzieci wyplute z jednego nie trafiały od nowa w drugim, z zerową historią. Wydaje mi się to teraz najważniejszą sprawą przed nami.

Dziękujemy Wam wszystkim nieustannie za wsparcie – każde – słowne, uśmiechowe, także finansowe, bo dzięki Wam wiele kłopotów zniknęło lub jest mniejsza. Odwdzięczamy się szczęśliwą, uśmiechniętą Hanią, która właśnie zaczęła pół-kolonie krawieckie (!), za chwile jedzie nad jezioro pierwsze (Maja w tym czasie zostaje ze mną, bo nie chce), potem już wspólnie jezioro drugie i na koniec jezioro trzecie. A wakacje skończymy drąc się z Mają na trzydniowym koncercie Maty i spółki na Bemowie, czego obawiam się bardziej niż wyniku ostatniego rezonansu.

Prosimy o pomoc. Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

***

Konto Hani

mBank, nr rachunku:
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Bardzo Wam dziękujemy!

Niewidzialny etat, czyli jak wycenić koszmarne sny o spadaniu z zakręconych schodów

W redakcji powstała bardzo fajna rzecz. Kalkulator, który liczy „niewidzialny etat” – ile matka/kobieta powinna zarabiać, gdyby jej domowe zajęcia były wyceniane jak to, czym de facto jest – praca. Pojawiło się wiele komentarzy, że narzędzie jest „otwierającym oczy” pomocnikiem, ale też, że przecież w dzisiejszych rodzinach częsty jest podział obowiązków, więc dlaczego ojcowie czy partnerzy nie powinni na równi go używać. Zbliża się dzień ojca, z tej okazji kilku redakcyjnych tatów opisało coś na kształt swojego niewidzialnego etatu, żeby przypomnieć kalkulator i jeszcze raz zachęcić do jego użycia, choćby z ciekawości.
Mi wychodzi w zależności od nastroju coś między 8230 a 9600 miesięcznie. Bez ściemy, za to z uwzględnieniem, że przecież nie opiekuję się dziećmi dzień w dzień, ale też jeśli już mam to szczęście, że są ze mną w domu, to Hania potrzebuje tej opieki niemal 24 godziny na dobę. Jak wyszło? Opisałem to na przykładzie szybkiego wspomnienia ostatniego weekendu, który zakończył się bólem gardła i kaszlem na tydzień przed rezonansem, co powoduje dodatkowy stres. Serio, naprawdę już nie wiem ile więcej niż zanotowane 32 st. C. powinno być, żeby nie ryzykować przeziębieniem.

Wklejam, przed redaktorskimi poprawkami i korektą, wszystkiego najlepszego dla wszystkich ojców, niech Wam dzieci dumą będą.

…………………………………………

U mnie z tym dodatkowym etatem to jest pewien kłopot obliczeniowy. Pierwsza zaburzająca kalkulację zmienna jest taka, że nie wychowuję swoich dzieci we wspólnym z ich matką – jak to się ładnie określa – gospodarstwie domowym. Druga zmienna – moja starsza córka od 10 lat walczy z chorobą nowotworową i choć wygrywa, to ceną jest niepełnosprawność – porusza się na wózku. 
Mogę więc napisać, że choć mam czasem kilka dni „wolnego”, przerywanego drobnostkami jak zawiezienie na trening jazdy konnej, wizytą na badaniach w szpitalu, czy zgarnięciem ze szkolnego boiska, bo już ostatni autobus uciekł, to też potem mam kilka dni, kiedy ten tzw. drugi etat trwa niemal 24 godziny na dobę.

Dla ułatwienia opiszę – zupełnie normalny dla nas – przedłużony weekend czerwcowy.
W środę było dużo radości, bo moje dziewczyny – sztuk dwie, wiek 13 i pół oraz niemal już 16 lat – oznajmiły, że szkoła się skończyła, że do klas już nikt nie przychodzi a połowa znajomych oznaczyła się na Mazurach, więc one też zaczynają wakacje. Wieczorem zapakowaliśmy się jak zwykle w piątek (choć to środa) do samochodu, walizy wypchane ubraniami na 4-5 dni, komputerem i lekami dla starszej. Młodszą od razu zawieźliśmy na konie, starsza chciała do wyra, bo zaczynał się jakiś ważny stream live (uwielbia i angażuje się w społeczność Maincrafta). Więc sprawdziliśmy tylko temperaturę wody w dmuchanym basenie, zrobiłem herbatę i zaniosłem ją (najpierw córkę, potem herbatę) na górę do jej pokoju. Na boku – nienawidzę kręconych schodów, ale wnoszenie 16-latki jest mimo wszystko łatwiejsze niż znoszenie po tym ustrojstwie.
Już w łóżku było mycie (jak mówiła babcia moja – ręce, nogi, szyja i do wyra), picie, różne sprawy fizjologiczno-zabiegowe i koło 21 jak młodsza wróciła z koni i pogaduszek z przyjaciółką byłem gotowy na okrzyk: głodna jestem! Młodszej mogę jeszcze kazać zrobić sobie samej, starszej – nie. Ale nauczyłem się nie robić pustych przelotów po schodach, więc najczęściej np. kolację łączę z doniesieniem zapomnianej ładowarki, podaniem leków, zamknięciem/otworzeniem okna, poprawieniem kołdry i zabiciem muchy. Nigdy też nie umiem zasnąć, jeśli wiem, że one jeszcze nie śpią, a starszą dodatkowo układam, odkładam komputer, gaszę światło. Jak mają wolne nigdy nie dzieje się to przed 1 w nocy.

Czwartek był miły, bo spały do 11. Potem młodsza znów wyfrunęła na konie. „Ranna” toaleta starszej to ok. 1 godzina z ubraniem i śniadaniem, którego sama sobie nie zrobi. Udało się zejść po schodach, choć niosę ją jedną ręką trzymając się drugą balustrady, a i tak śnią mi się koszmary, że spadam i mogiła. Wieczorem dodatkowa atrakcja – kąpiel w wannie. To zawsze kilka dźwignięć więcej. Do listy znienawidzonych miejsc w domu dokładam obudowę wanny, która nie pozwala na ugięcie kolan.
W piątek młodsza znów poleciała na konie, minęliśmy się w drzwiach jak wracała, bo jechaliśmy ze starszą do szpitala. Co półtora miesiąca musimy przepłukać takie coś, zrobić badania, tym razem trochę dłużej, bo zbliża się termin rezonansu kontrolnego. Pół dnia zleciało, więc już obiecanego grilla nie robiłem, bo mi się nie chciało. Poszliśmy na spacer po pizzę. A potem zrobiliśmy zanurzenie, bo już doczekać się tych afrykańskich upałów nie mogliśmy. Basen jest dość płytki, więc córka radzi sobie w nim na siedząco/czworakowo. Frajda jest zawsze duża, tylko potem dużo zachodu – przebieranie, osuszanie, no i noszenie, bo w dodatku zawsze zaleję wózek, więc potem schnąć musi. Gdzieś pomiędzy pracowałem, bo mimo długiego weekendu część spotkań on-line się odbyła.


W nocy zawołała, że ją boli gardło. Po ciemku omal nie zabiłem się na schodach. Przyniosłem coś do ssania, przeciwbólowy i jakiś grypowy na wszelki. Rano została tylko chrypa, ale pojechałem do apteki po jakieś dodatkowe medykamenty. Potem obiecany grill. Młodsza wyjątkowo nie poszła na konie, ale była na rowerze, no i wybuchł temat farbowania włosów na wakacje. Wyprawa do Rossmanna, rudego koloru oczywiście nie było. Potem wieczorem dwie godziny paćkania. Świetnie sobie poradziły beze mnie. Ja tylko musiałem wrzucić do prania trzy ręczniki i umyć łazienkę, bo wyglądała jak miejsce krwawej jatki (starsza użyła farby czerwonej). Basenu nie było, bo gardło. Żeby się nie rozchorowała przed badaniem.
W niedzielę był basen, kilka razy, bo wytrzymać się nie dało. Farba puściła w wodzie, kolejne ręczniki wylądowały w praniu. Obiad robiłem, choć młodsza zażądała kasy, bo idzie ze znajomymi do restauracji. Kiedy starsza obsychała na kanapie udało mi się zobaczyć zwycięstwo Hurkacza i wypić kawę. Wieczorem pakowanie i pojechały do domu. Rower się nie zmieścił, a młodsza była tak zmachana kolejnym treningiem i jazdą ze znajomymi, że będę musiał zawieźć kolejnego dnia.


Tak to wygląda – młodsza – lat 13,5 bardzo dużo rzeczy robi sama, jest bardzo samodzielna, ale lubi jak to dziecko się mną wyręczać. I bardzo dobrze, bo też w wielu sprawach bardzo mi pomaga, np. w tym lataniu po schodach – z pustym kubkiem, komputerem, suszarką, czy wyprowadzaniu psa, kiedy ja zajmuję się starszą. Bo ona wymaga opieki non-stop, przy każdej, nawet najprostszej czynności. Bardzo się staram, żeby nie iść na łatwiznę, żeby jej nie stawiać w wózku w kącie i dawać komputer. Na razie daję radę i niczego bym nie zmieniał, ale młodszy nie będę. Teraz chwilę odpocznę, popracuję, zawiozę na konie, starszej obiecałem, że pojedziemy po jakiś fajny strój kąpielowy w tygodniu. A kiedyś, jak będę budował dom, to schody nie będą kręcone.

*****************************************************************************************

Chcielibyście nam pomóc? Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

***

Konto Hani

mBank, nr rachunku:
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Bardzo Wam dziękujemy!

Przeprowadzeni według nie swojego planu

Łatwo nie było. Plan jest po to, żeby go realizować, ale jak to robić skoro z przyczyn niezależnych szlag trafia pierwsze etapy tegoż planu niemal na początku. Otóż. Genialny w swojej prostocie ów plan zakładał: sprzedaż domu, udane mediacje z bankiem, wynajęcie jakiegoś spoko domu, przeprowadzkę, znalezienie miejsca na dom/lub całkiem nowego domu, przeprowadzkę na zawsze w miejsce docelowe, wspaniałe, urokliwe, wygodne, na lata. I to wszystko w czasie krótszym niż pół dekady, a najlepiej rok.
Genialne. Prawda? No nie.


Pierwsze akty poszły sprawnie, a wręcz wybuchowo. Bo jak nazwać fakt sprzedania domu de facto przez telefon, z wakacji? Kiedy osoby zainteresowane wpadają na oględziny i po godzinie wyjść nie chcą bez podpisania umowy wstępnej? Wiedzieliśmy, że to fajne miejsce, ale ta szybkość na zaskoczyła. Bo planu B nie było. A według planu A, to się najpierw ma gdzie pójść, a potem myśli, jak sprzedać to co się ma, co nie? No to nie my.
Miesiąc później poszły zadatki i było niemal po rybach, ale wątpliwości krążyły, że może cena za niska, że może frajerstwo, że zostaniemy z tymi piniondzami jak Kaczyński z przyjaźnią polsko-węgierską. Się udało dzięki kredytowi. To był ten jeden, jedyny raz, kiedy dziękowałem losowi, że na kredyt wybrałem ten we frankach w Nordei, który potem przejęty został przez bank państwowy, jedyny taki, który mediacje z frankowiczami zaczynał od uruchomienia przycisku „mediacje”. I przeznaczył na to kupę kasy. Zatem bez większego napierdzielania się i przy negocjacjach, w których obie strony wiedziały jakie są ich nieprzekraczalne widły, kredyt we frankach zamienił się w taki we złotych. Dziś tak czy siak byśmy kwiczeli – bo frank po 5 złotych a Glapiński stopy podbija jak Lewandowski gałę – ale nie kwiczymy, bośmy spłacili. I to jest korzyść wielka. W portfelu zostało tyle, że na wkład własny starczy, dzięki przyciskowi „mediacje”. Ja tu absolutnie nie namawiam, kto ma czas niech idzie do sądu i walczy o swoje, my mieliśmy sytuację pilną i wiedzieliśmy, że spłacimy. To decydowało.
Reszta już była tym planem, który poszedł nie tak jak miał.

Jakoś tak w grudniu, kiedy wiedzieliśmy, że już nic się nie zmieni i wyprowadzić się w połowie lutego trzeba, po kilku nerwowych tygodniach poszukiwań wpadł na ogłoszenie na wynajem dom w Wilczej Górze, jakieś 4-5 km od miejsca dotychczasowego zamieszkania. Pokoje dla dzieci, mikro ogródek, cena przystępna jak na wariactwo panujące na rynku. Zdecydowaliśmy się od razu. Jedno obejrzenie, umowa wstępna, zadatek, poszło. Ulga. Mamy gdzie mieszkać, pod most nie trafię, dzieci będą się z ojcem widywać, Maja szczęśliwa, bo konie pod nosem i towarzystwo koleżeńskie również. W tym momencie plan wyglądał tak: poprzedni najemcy wynoszą się do 15 lutego („ale pewnie wcześniej się da, na początku miesiąca gdzieś tak”), my wynosimy się do końca lutego, kredyt spłacamy w lutym, bo umowa kredytowa nowych właścicieli naszego domu to formalność. I już.
Tak.
Tak miało być.

Co się zje… zepsuło pierwsze? Państwo co się wynieść mieli, nie wynieśli się, bo nie mieli gdzie. Bo niby mieli coś na oku, bo niby już kuchnie mieli pomierzoną, bo w sumie to formalność, ale po świętach bożonarodzeniowych dostali informację, że do tego domu co se upatrzyli, to się nie wprowadzą, umowy żadnej nie mieli, więc zostają. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam zrobisz? Nic nie zrobisz. Załamka nastąpiła duża.
Kombinowanie, szukanie lokum na miesiąc-dwa, koleżanki z pracy chciały przygarnąć, rodzice też, ale bez kota, bo tam pies, a pies zeżre, co z meblami, może do pracy, może w garażu? Cyrk się rozpętał dziki ze słoniami. Wisiało nad nami cały czas, że w sumie jak się nie wyprowadzili raz, to i cholera wie, może się nie wyprowadzą i drugi i trzeci, mimo nowych dat. Skrócę, żeby znów nie osiwieć/ołysieć. Termin wynoszenia się byłych najemców przesuwał się lekko licząc 5 krotnie. Ostatecznie w dniu, kiedyśmy z meblami przyjechali pod ich dom, ten w zasadzie nie był opróżniony, więc czekaliśmy do wieczora, aż państwo zabiorą swoje kanapy i obrazy. Sił starczyło po takim dniu zalec tylko w łóżku (zostało na miejscu, wymieniliśmy materac tylko) i spać.

Uniknęliśmy spania pod mostem w sumie dzięki pandemii. Bo pani od kredytu naszych nowych właścicieli domu złapała covida i ponieważ bank ma jakieś zasady, że procedurę kredytową może dokończyć tylko ten, co ją zaczął, to akt notarialny podpisywaliśmy dopiero pod koniec lutego. Zanim wpłynęła kasa, zanim poszła spłata całkowita, zanim się zadziało wykreślenie z księgi wieczystej owej hipoteki, mieliśmy trochę czasu na pakowanie. Ale nerwy co były, to nasze.
Dziś odtajanie trwa. Próbujemy osiąść w nowym domu, zaklimatyzować się, ogarnąć, dzieci były, podoba się, dadzą radę wytrzymać, a raczej mówią: „pewnie, jest super, nawet lepiej”. Lepiej nie jest, ale doceniam intencje nie dokładania ojcu zmartwień na głowę.
Tych się trochę nawarstwiło, bo wojna, bo zmiany w pracy, bo szalejące stopy i malejące oszczędności, bo nie było czasu na wakacje spojrzeć, bo młoda ikonka ma rówieśnicze problemy a starsza zderza się kolejny raz z barierą osoba na wózku vs tak zwani normalni, bo zdrowie młodej trzeba zbadać, bo starszej wózek na kręconych schodach nie przechodzi, bo ogródek mały, bo pies przeżywa, jeść nie chce i dupę sobie wygryza.
I w sumie to przywykłem, że jak się wali, to na łeb cały świat od razu, ale jednego nie rozumiem. Dlaczego akurat teraz, w obcym domu, w obcym łóżku, z taśmą zmartwień przewijającą się przez głowę, właśnie teraz śpię jak dziecko?
Dobranoc.

………………………………………………………………………………………………………………

1% podatku – wszystkie informacje i apel TUTAJ

W formularzu PIT wpiszcie numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podajcie:
18757 Raj Hanna

***

Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

Wojna w Ukrainie oczami dzieci? W domu izolować, bo wszędzie indziej się nie da

To wszystko jest tak straszne, że trudno nawet o tym pisać po 3 blisko tygodniach od ataku Rosji na Ukrainę. Serio, wykracza to poza wszelkie granice mojej wyobraźni, mimo to, że przecież doskonale wiecie, że pracuję w redakcji, także newsowej, gdzie z tragedią i śmiercią autorzy spotykają się na co dzień. Niewyobrażalne są obrazy wjeżdżających do miast czołgów, strzelających w bloki wyglądające jak te na Ursynowie. Naprawdę trudno ogarnąć głową, że na ulicy między Lanciego a Laskiem Brzozowym leżą ciała, szkoła 330 jest zbombardowana, jej jeden z nauczycieli zamordowany a w nieodległej stacji Metra Natolin gromadzą się ludzie z kotami i psami, ci którzy nie uciekają korkującą KEN i Dolinę Służewiecką.

Fikcja, prawda? Cholera, no nie. Myślę, co by było, gdyby władza uznająca UE i NATO za wyimaginowane wspólnoty pod flagą/szmatą nastała w Polsce kilka lat wcześniej. Gdybyśmy teraz tam nie byli? Ilu z nas stałoby teraz w kolejkach na zamkniętej granicy z Niemcami czy Czechami? Ta granica jest cholernie cienka, mieliśmy bardzo dużo farta, że do zmian ustrojowych i sojuszy doszło tak szybko. I tą kruchość widzą dzieci, widzą to dużo lepiej niż ja, niż my – dorośli. Zadają tylko z pozoru błahe, głupie pytania. „Jak wygląda wojna?” – spytała młodsza w drodze na konie (jeden z pierwszych dni). Odpowiedziałem bez namysłu: Tak, jakby tutaj z naprzeciwka jechał czołg. „Czy ktoś nie mógłby go załatwić jak Bond” – starsza, która była ze mną na „No time to die”. Odparłem: Bardzo chciałbym, ale chyba Bonda akurat w jego pobliżu nie ma. Po czasie, na szczęście dość krótkim, zrozumiałem, że źle robię, próbując być z nimi szczery, traktując je jak „dorosłe”, które „muszą rozumieć, jak jest strasznie”. Nie muszą a szczerość może być niepełna, niedomówiona.

Wiedzą co się dzieje, ale nie oglądamy wspólnie relacji w telewizjach informacyjnych. Nie są użytkowniczkami Gazeta.pl – nie czytają relacji na żywo 24 godziny na dobę. Chodzą na zajęcia dodatkowe, rehabilitację, jazdę konną, łyżwy – żeby się odciąć, odpocząć, zająć głowę czymś innym. To bardzo potrzebne, bo któregoś niedzielnego popołudnia jedna z dziewczyn dostała bardzo mocno i nie wytrzymała napięcia. Zrozumiałem wtedy, że zapewne w szkole mało jest innych tematów. Że na tik-toku również wojna się przebija. Że do Hani znajomi z całego świata na jakimś kanale maincraftowym piszą: „arU safe?”, wiedząc np. tyle, że z Polski do Kijowa na ich mapach jest mniej niż odcisk palca. Albo dopytują kolegę z Estonii, czy to prawda, że ma korzenie rosyjskie i co to oznacza. Wojna jest wszędzie – na stacji benzynowej, instagramie i u babci, bo nie wrócił pan z Ukrainy, który co sobotę przychodził naprawiać bramę i taras.

To może w domu niech jej nie będzie. Niech ważne wciąż najbardziej będzie zdrowie, szkoła, odpoczynek i zabawa/pasja. Gdy pytają, odpowiadam, ale nie szczuję ich wojną. Dokładnie 2 lata trwa już niewiarygodny koszmar – dla nas wszystkich, ale dla dzieci szczególnie, Najpierw covid, strach przed śmiercią, izolacja, zamknięcie w domach, brak szkoły. Teraz wojna i szaleństwo na świecie. To może być za dużo nawet dla nastolatek, które tylko tak się wydaje, że są beztroskie.

Przy okazji polecam coś, co zrobiła moja świetna redakcja Weekend.gazeta.pl wraz z PAH. Ściągnijcie, zerknijcie. Bardzo to przydatne i często potrzebne: pomocnik.org

………………………………………………………………………………………………………………

1% podatku – wszystkie informacje i apel TUTAJ

W formularzu PIT wpiszcie numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podajcie:
18757 Raj Hanna

***

Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

10 lat. Fuck Rak

Nienawidzę lutego. Dla mnie mógłby przestać istnieć, zniknąć z mapy kalendarza. Nienawidzę tego krótkiego, wrednego, obfitującego w zło miesiąca. Jakby już nie chciał być zimą, ale wie, że nigdy nie będzie wiosną i się mści. Niech znika.

18 lutego 2012 roku o godzinie przedpołudniowej lekarka z ul. Bobrowieckiej zadała pytanie, czy Hania jest pod opieką specjalisty. Bo okazało się, że te trwające kilka tygodni womity to nie jest jednak grypa żołądkowa, a torsje nad ranem nie wynikają z tego, że coś jednak zjadła. 18 lutego w pierwszej w życiu rurze wyszło, że Hania ma wodogłowie.

Co? Jak? Skąd? To się już okazało 24 lutego – kolejny paskudny dzień, kiedy ryba z frytkami na stołówce miała przestać smakować na zawsze. Już wtedy Hania była w Centrum Zdrowia Dziecka z diagnozą: nowotwór układu nerwowego.

Reszty tamtego lutego raczej nie pamiętam. Operacja. Zapowiedź kolejnej. Słaniające się na splątanych nogach dziecko na chwilę wypuszczone do domu, jak po ostatni oddech normalności w oczekiwaniu na poważną operację. Trwała 8 godzin. I słowa, które wykuły mnie wtedy na nowo w jakiejś cholernie twardej skale: „To jeszcze nie koniec”. Rak nie jest najbardziej agresywny z możliwych, choć żadnego nowotworu układu nerwowego nie nazywa się łagodnym. Znamię na całe życie.

Dziś, a raczej wczoraj, bo celowo przeczekałem, mija 10 lat. Za chwilę kolejna upiorna data – 24 lutego. Diagnoza. Są też następne. Jak 15 lutego, powrót do szpitala po zaledwie jednym dniu w domu, utraty przytomności, wstrząsy. Masakra. Już zawsze luty będzie mi się kojarzył z najgorszym, choć przesądny nie jestem.

Nienawidzę lutego. I ten w 2022 niczego nie zmienia. Strach jest nieustający. Dzięki niemu też czujność trwa w gotowości. Cieszymy się, że jest dziś tak jak jest. Ale luty przypomina, że to dopiero początek roku.

Hania Raj – zdjęcie z 18 lutego 2022. 10 lat po diagnozie – nowotwór układu nerwowego, guz w rdzeniu kręgowym. Przez 10 lat przeszła 30 operacji głowy i kręgosłupa, przeszła chemioterapię, nieustannie pod opieką onkologów.

………………………………………………………………………………………………………………

1% podatku – wszystkie informacje i apel TUTAJ

W formularzu PIT wpiszcie numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podajcie:
18757 Raj Hanna

***

Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

Trzeci strzał. Wreszcie czuć, że szczepionka kopie

Co tam u Was? U nas duża sprawa. Magia liczb i dat kolejny raz dała znać o sobie i po 1 czerwca oraz 1 grudnia (moje dawki) nastąpiło podanie 3. szczepionki przypominającej obu Ikonkom. Nie zwlekaliśmy ani chwili, czekałem z wytęsknieniem jak na nowy singiel Gallaghera (dziś!), żeby móc im zaaplikować i znów poczuć się o jedną tarczę bezpieczniej. Tym razem, inaczej niż przy poprzednich, trochę je sieknęło.

Maja ociężała, zmęczona, senna, ale w sumie tylko mocno ręka bolała, na tyle że odwołała jazdę konną dnia następnego. U Hani za to prawdziwy cyrk zaczął się dobę po zakłuciu, ale już w nocy kiepsko spała, gorączka podbiła do 38 st. C., rano w zasadzie wtryniła hot-doga i za chwilę, po kolejnej saszetce fervexu poszła spać. Z przerwą na leki i jęki oraz zbijanie temperatury spała prawie 20 godzin non-stop. Dziś rano po przebudzeniu była w stanie w zasadzie opowiedzieć tylko tyle, że jeśli już zdołała otworzyć oko, to rejestrowała zaledwie czy za oknem jest noc czy dzień. Ale wyspała to i po 48 godzinach od szczepionki wróciła do żywych.

Nie ukrywam wcale, że trochę ulga. Niby człowiek wie, że wiele osób ciężej przechodzi trzecie dawki, albo że w ogóle reguły nie ma. Ja na przykład to zastanawiałem się, czy na pewno igła przebiła mi skórę, bo nie czułem prawie nic, czy może wlali mi wodę, a nie szczepionkę. U dzieci pierwsze dwie również obyły się bez żadnych przykrości. Dopiero ta. Może to zima, może obniżona odporność, może po prostu tak miało być. Ale kiedy dziecko onkologiczne z nieznaną tak naprawdę wydolnością odpornościową zaczyna w ten sposób odpływać, to się robi niewyraźnie. I nie pomagają żadne projekcje kolegów z pracy, chłopów po 180 cm wzrostu i 100 kg wagi, którzy przez tydzień nie mogli wstać z wyra po zaaplikowaniu.

Teraz jeszcze kilka dni i zrobi się jeszcze bezpieczniej, jeszcze mocniej i głębiej można będzie odetchnąć. Tym bardziej, że do końca lutego (na razie) szkoła działa w trybie zdalnym, a teraz to w ogóle ferie u nas. Zawsze to – ja mam taką perspektywę – dodatkowe zabezpieczenie i mniej obaw, tym bardziej, że naszego społeczeństwa, naszego narodu wybranego, żadna pandemia wydaje się nie obchodzić, żadne 50 tys. zakażeń (tak naprawdę testów, zakażeń pewnie 10 razy więcej dziennie), żadne 350-500 zgonów. Phi, w rok umrze populacja wielkości całej Nowej Iwicznej i kawałka Piaseczna, bo mniej więcej tyle mieszkańców tam zamieszkuje. Z debilami antyszczepami, którzy cytat: ze szmatą na ryju chodzić nie będą, już nie walczę. Po prostu w sklepie, czy innym miejscu unikam jak kupy na trawniku i już czekam na spokojne wakacje oraz kolejną dawkę a może i lek w formie pigułki. Skoro można tabletkami prowadzić kilkumiesięczną chemioterapię to w końcu będzie też można chronić się przed SARS.
Zatem na koniec spokoju Wam wszystkim i cytując mądrzejszych od siebie lekarzy z Centrum Zdrowia Dziecka: trzecią, czwartą i każdą następną – szczepić! Zdrówka!

Ostatni wyjazd przed pandemią, Krynica luty 2020

………………………………………………………………………………………………………………

1% podatku – wszystkie informacje i apel TUTAJ

W formularzu PIT wpiszcie numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podajcie:
18757 Raj Hanna

***

Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia


Oficjalnie: Mata pozamiatał

Jak tam u Was? U mnie pierwszy raz od lat kilku w samochodowej zmieniarce płyt zaczęła się wdzierać ta muzyka, którą preferują Ikonki i ku mojej rozpaczy nie jest to ani Beady Eye, ani Oasis, ani solowe wytryski Liama i Noela, choć są nadal akceptowane. Starsza ma swoje punk-rockowe brzmienia z zespołem LoveJoy, na jej nieszczęście chłopaki nie wydali płyty CD, więc podsłuchuje na youtubie. Młodsza z kolei przeskoczyła z Arctic Monkeys w kierunku SBM i Maty, czym z jednej strony mnie zaskoczyła, z drugiej przypomniała, że w pudle pełnym kaset magnetofonowych z lat 90-tych wiele miejsca zajmują hip-hopowe albumy, z trzeciej zmusiła do kontrowersyjnych decyzji. I o tym dziś. Potem, mam nadzieję, że mi się szybko uda, napiszę dlaczego znalazłem owe pudło z kasetami i dlaczego zastanawiam się czy je wywalić, czy przenosić do… nowego miejsca zamieszkania.

Ale teraz o Macie. Totalny odlot zaliczyła Ikonka młodsza Mają zwana. Oczywiście, że ma to związek z prężnie rozwijającymi się znajomościami nastoletnimi, przywiązaniem do smartfonu, modą w szkole i nie tylko. Jednakże można sobie podsłuchiwać, wiedzieć kim on jest, kiwać ze zrozumieniem głową podczas fragmentu „Jeb.ć telewizję polską, Jacek Kurski ch.j ci w dziąsło”, ale można też zapaść się całkowicie i to wspomniana Maja uczyniła. Nie tylko Mata, nie każdy pojedynczy kawałek, nie tylko dema na youtubie, ale też znajomości, stajnia SBM, inni raperzy z bandy, słowa każdej piosenki, historia powstania, a także prezenty – np. absolutnie wypasiona płyta winylowa, która zawisła na ścianie z braku adaptera. Ja też nie miałem trudu i na gwiazdkę kupiłem album tegoż. Wylądował w przegródce CD nr 3, bo podobno 33 to jakaś ważna liczba jest z tym Matą związana i w ogóle (przy okazji córka zaczęła kibicować Maxowi Verstappenowi w F1 – nr 33 na bolidzie).
Tak więc rozumiecie – świrek pełen.

I teraz pytanie. Ale tak na serio, bez moralizowania, bo to już mam wewnętrznie za sobą. Co jako rodzic odpowiedzialny, mądry, dbający o prawidłowy i bezpieczny rozwój dziecka (tak, to o mnie 🙂 ), a z drugiej strony pragnący kontaktu z pociechą, zrozumienia oraz sam pamiętając jaki był w wieku 12-13 lat miałem zrobić? Ograniczyć słuchanie plugastw, wulgaryzmów i tekstów o piciu, paleniu i seksie? Udawać, że dziecko nie ma dostępu do youtube’a i sobie nie puści jak mnie nie będzie w okolicy? Zapomnieć, że sam miałem kasety (w tym pudle) takich zespołów jak np. N.W.A., które nie tylko miały oznaczenie „wulgarne treści”, ale też były nazywane „porno-rapem”? L.L. Cool J. to świętoszek jedynie strzelający z ringu „Mama said knock you out”? No nie.
Wybrałem bramkę numer dwa, czyli słuchanie tego razem z nią. Za pierwszym razem było dziwnie. Piątek, droga na jazdę konną, płyta w odtwarzaczu i nagle tekst „ciesz się, że nie wyjeba.o ci okien”. OK, spoko, lecimy dalej: „bij mnie po twarzy nikt nie zauważy […] one nagrywają sex-tape, bo mi stanął”. Dobra, przemilczmy, może nie zrozumie. Za chwilę słynny już Kurski, zaraz po nim „Papuga” z fragmentem o rozkładaniu nóg i po wszystkim gumie do kosza.

„To nie jest dla 12-latek” – powiedziałem, przewijając jeden z kawałków o zapraszaniu dupeczek na Stawki. Bo wtedy w grudniu jeszcze 12 lat miała. Kiwnęła głową. Też trochę zawstydzona. Bezgłośnie trajkotała tekst kolejnego kawałka. W miejscu ch.ja i kur.y jej usta się zamykały, kontynuując po tych przerywnikach. Nie śpiewa przekleństw, przewija też wstawkę między piosenkami polegającą na jękach kobiety.
To chyba przeważyło. Rozsądek i zaufanie. Nie boi się przyjść i powiedzieć, że to jej się podoba, nie musi przed ojcem ukrywać, że na tej płycie są przekleństwa i czasem ordynarne treści. Oboje nie musimy udawać. Muzyka jest dobra, cały album złożony genialnie, łapię się na tym, że wpada mi do głowy i zamiast „D’yer know what I mean” nucę „Bombay Safir”. Jeśli w czwartek dostanie z klasówki z geografii co najmniej czwórkę, dostanie poprzednią płytę. Tylko cicho, nie mówcie. Sam chciałbym jej posłuchać.
A w sierpniu idziemy na 3-dniowy festiwal SBM. Bo dzieci poniżej 16. roku życia mogą wejść tylko z opieką dorosłego. Zapłaciłem jak za złoto, ale w końcu „z nieba leci pierdolo.y brokat”. Mata pozamiatał.


PS. Hania i Mata – to nie zagrało. Grają inne rzeczy i też dobrze, inne są. LoveJoy jak przyleci do Polski to też pójdziemy na koncert. A na razie posłuchamy z komórki w drodze na trzecią dawkę przypominającą dla dzieci – czekam niecierpliwie jak ta nasza władza wreszcie wprowadzi takie szczepienie dla małolatów, może jeszcze w styczniu.

………………………………………………………………………………………………………………

1% podatku – wszystkie informacje i apel TUTAJ

W formularzu PIT wpiszcie numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podajcie:
18757 Raj Hanna

***

Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia



1, 2, 3 i każda następna też. Strach przed COVID jest silniejszy niż myślałem

Dobrze, powinno być krótko, ale znam siebie. Może być różnie. 1 grudnia zaszczepiłem się po raz trzeci przeciwko COVID szczepionką Pfizer, tzw. dawką przypominającą. To był pierwszy możliwy termin, kiedy mogłem to zrobić. 30 kwietnia, 1 czerwca i teraz. Daty, które dobrze pamiętam, bo nie ukrywam, że pójście do punktu szczepień wiąże się u mnie z pewnego rodzaju celebrą. Jestem podekscytowany, szczęśliwy, ochoczo wystawiam ramię. Nie tak wiele brakuje mi, bym ubrał się na galowo. Oraz najważniejsze – to są jedyne prawdopodobnie w moim życiu akty wbijania igły w moje ciało, podczas których nie mdleję, włączając w to jakże ważne oddawanie krwi dla taty w krwiobusie pod Centrum Onkologii, które skończyło się nader wstydliwą eksmisją z tegoż, po omdleniu podczas pobierania krwi z palca do kwalifikacji.

Tak już skonstruowany jestem, że przy wszelakich operacjach nad Hanią, kiedy nieraz krew tryskała i sikała, stawałem na wysokości zadania, ale jeśli tylko ktoś zbliży się z igłą w pobliże żył moich momentalnie dopada mnie pomroczność i zwiotczenie. Przy szczepieniu na COVID nie, i kategorycznie nie. Próbuję sobie to tłumaczyć stawką – zarówno w przypadku Hani, rany pooperacyjne, wenflony, transfuzje i woreczki z chemią to była konieczność. Tak jak i teraz – przyjmowanie szczepionki to jest konieczność.

Niewiarygodną ulgę przyniosło mi szczepienie dziewczyn w czerwcu i lipcu, jeszcze przed wakacjami. Na szczęście obie miały więcej niż wymagane 12 lat. Ogromne szczęście, oswobodzenie, poczucie wolności, znów. Cieszyłem się ogromnie. Niemal z dnia na dzień zniknęły czarne wizje duszącej się Hani, której płuca – ściśnięte wykrzywionym z powodu nowotworu kręgosłupem – musiałyby jeszcze mocniej niż u zdrowych ludzi walczyć z zarazą. Jej szanse przeżycia, dodając do równania obniżoną chorobą i terapią odporność, byłyby o wiele niższe niż np. moje. Dla wielu z nas zachorowanie na COVID oznaczałoby (na szczęście) ciężką chorobę grypopodobną. Dla niej – aż nie chce mi się myśleć. Dlatego Maja nie chodziła do szkoły nawet wtedy kiedy nasz durny minister zapewniał, że są one bezpieczne. Dlatego izolacja była jedynym sposobem walki czy też obrony.

Dziś jest inaczej. Walnąłem trzecią dawkę, ból ramienia był potworny, dużo większy niż przy poprzednich razach, ale w sumie poza masakryczną ociężałością z rana nie było mi nic. Czuję się bezpieczniejszy, a co najważniejsze czuję, że bezpieczniejsze są moje dzieci. Nawet wtedy kiedy Maja dostaje nagle gorączki, a Hanię boli gardło. I zamiast puenty zacytuję naszą doktor onkolog, podczas wizyty kontrolnej w listopadzie, kiedy najważniejszą dla nas sprawą był pozytywny wynik badania rezonansem magnetycznym.
Na pytanie, czy Hanię będzie można (jak już będzie można) szczepić trzecią dawką odpowiedź brzmiała: trzecią, piątą i każdą kolejną.
Wiecie co? Osobie, która każdego dnia ratuje dzieci z niską, często zerową odpornością, cierpiące na przewlekłe, często zagrażające życiu choroby, nie umiem nie uwierzyć. Więc zaszczepię się czwartą, piątą i każdą następną dawką przeciwko COVID. Dla siebie i dla nich.

………………………………………………………………………………………………………………

1% podatku – wszystkie informacje i apel TUTAJ

W formularzu PIT wpiszcie numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podajcie:
18757 Raj Hanna

***

Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia


Nic, nie (rośnie/zmienia się/jest źle) – wynik rezonansu uszczęśliwia. Hania dusi nowotwór kolejny raz

TAK!!! Nerwy zniknęły natychmiast po 30 sekundowym telefonie od Pani doktor. Jak zwykle (na szczęście) rozmowa była krótka:

WSZYSTKO DOBRZE!
NIC SIĘ NIE DZIEJE!
OPIS BADANIA TAKI JAK LUBIĘ NAJBARDZIEJ – KRÓTKI, TREŚCIWY, WYPEŁNIONY SŁOWAMI NIC I NIE
„.

W zasadzie dziś już nie trzeba nic więcej pisać. Nic. Nie. Te dwie trzyliterówki opisują wielkie szczęście.
Dziękujemy Wam za wsparcie, kciuki i dobre słowo. Jak zawsze nie do przecenienia.
Kolejne badanie dopiero przed wakacjami 2022.

………………………………………………………………………………………………………..

1% podatku – wszystkie informacje i apel TUTAJ

W formularzu PIT wpiszcie numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podajcie:
18757 Raj Hanna

***

Subkonto Hani w Fundacji

Wpłaty prosimy kierować na konto, podając poniższe dane:

Odbiorca:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

Alior Bank S.A., nr rachunku:
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

Tytułem:
18757 Raj Hanna darowizna na pomoc i ochronę zdrowia