Pokój dla nastolatki. Liczba dostępnych pomieszczeń spadła do zera

Trzeba jej przyznać, że konsekwentnie dążyła do tego, wiercąc dziurę nie tylko w brzuchu za każdym razem. Rozmowy przez telefon zaczynała od tego. Zaraz po wyjściu ze szkoły i rzuceniu „cześć!” pytała kiedy to nastąpi. I upewniała się krążąc po domu, czy dane jest jej to na zawsze, czy do chwili, kiedy pojawi się jakiś brat/siostra. Pokój dla Mai stał się tematem wiodącym pierwszego półrocza tego roku.

U nas w domu jest tak, że dzieci nie siedzą zamknięte w swoich pokojach, odizolowane od wszystkich i wszystkiego. Może byłoby inaczej, gdyby każdy dzień naszego życia spędzały w tym domu, ale tak nie jest i już. Czy to są długie weekendy, zwyczajne weekendy, czy nawet tygodnie wakacyjne, zazwyczaj schemat zasiedlania pokoju dziecięcego jest taki sam. Rano, gdy się budzą (dziś częściej o godzinie 9 niż o 11, bo organizmy szkołą zainfekowane wyrywają się ze snu wcześniej), co najmniej jeszcze kilkadziesiąt minut spędzają na łóżkowych przyjemnostkach – książkach czy innych komórkach. Potem ubieram i robię rzeczy konieczne po nocy z Hanią. Maja w tym czasie marudzi, że jeszcze nie chce, ale ciężko i powoli się jednak ubiera. Dwie pompki głowy jeszcze w pokoju, kolejne dwie podczas czesania włosów już w łazience (to Hania, zastawka, pamiętacie jeszcze?). Następuje tradycyjna walka o dostęp do umywalki i rzucanie szczoteczkami do niej, po koszykarsku o tablicę, co zostawia ślady na lustrze. Najczęściej godzinę po wstaniu pokonujemy 25 schodów z zakrętem na półpiętrze i lądujemy na dole. Tu dzieci, ja i K., jeśli akurat nie podróżuje z przyczepą po Polsce, spędzamy całe dnie, a jak pozwoli słońce, to też na trawie.

tera3

Temat osobnych pokoi nie był więc jakoś pilny. Lekcje robimy razem, o telewizor się nie kłócimy, jedzenie łatwiej spożyć na dole a nie nosić po schodach, oczywiście wózek i wnoszenie Hani na górę też ma tu jakieś znaczenie, a latem to już w ogóle do domu nie wchodzimy. Niemniej wieczorami pokój dziecięcy ożywa. I gdy był to pokój jeden, zaczynał być za mały. Powodów co najmniej kilka, z czego na pierwszy plan przebija się intymność. Hania co prawda jak na sytuację i tak jest wielce tolerancyjna, jednak wymaga i konsekwentnie odmawia współpracy, kiedy przy toalecie ktoś poza pomocnikiem toaletowym jest w pokoju. Zatem Maja musiała wychodzić, stać na korytarzu, albo siedzieć w łazience, czekać aż procedura zostanie wykonana. Niefajne, zwłaszcza tuż po kąpieli, nie móc zalec w swoim łóżku.
Po drugie, nieczęsto się zdarza, że chcą oglądać, czy robić wieczorem to samo. I zaczęły sobie przeszkadzać. Po trzecie – Hania wołająca w nocy o pomoc przy obróceniu na drugi bok budziła Maję. Maja wstająca w nocy do toalety budziła Hanię. Obie budziły mnie. Sytuacja normalna, ale przecież do uniknięcia, kiedy się ma obok niezagospodarowany pokój, z rzadko używanym do pracy biurkiem i drukarką oraz starą, przenoszoną coraz dalej od cywilizacji, ale wciąż broniącą się przed terminem odbioru odpadów wielkogabarytowych kanapą.

Stało się. Drewniane meble z pokoju wspólnego, przewędrowały do tego pustego. Hani lokum zyskało meble białe, zielone i szare. Nawet akwarium się w ten design wpisało. Maja ma mieć docelowo pokój morski, farba czeka, na razie wszystko co się do pokoju nadaje lub nabywa, musi mieć niebieski odcień, nawet żwirek do akwarium, które sprzątać zamiar mamy w ten weekend, też będzie od teraz granatowy.
Korzyści z osobnych pokojów tych oczywistych wymieniać nie trzeba. Nawet jak wściekłość jakaś ogarnia i trzeba strzelić focha, to dużo łatwiej się to wykonuje biegnąc na górę i trzaskając drzwiami do SWOJEGO POKOJU. Wieczorami, kiedy kilka godzin polegują czytając, grając, czy ucząc się, ja tylko donoszę w dwa teraz miejsca kolację i inne wieczorne radośniki.
I noc tak jakby spokojniejsza. Nie wiem, czy to dzięki osobnym pokojom, czy po prostu jest z każdym dniem lepiej i normalniej, ale Hania przestała się w nocy budzić, a Maja potrafi dospać do południa. I na razie nie musi być zaniepokojona konkurencją. Jak będzie trzeba, to jakieś lokum z tej chałupy jeszcze dla brata/siostry wykroimy, w kolorze różowym czy innym żółtym.

tera1

PS. Hania miała kontrolę w poradni onkologicznej, spotkała się ze swoją Panią doktor. Rezonans będzie w grudniu, czyli klasycznie po pół roku. Potem może te odstępy będą jeszcze wydłużone. Kolejne spotkanie 3 lutego. Ma ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, ale Pani doktor, która (na szczęście) trochę Hani nie widziała, była bardzo zadowolona z tego co zobaczyła. Zwróciła uwagę szczególnie na to, że mniej się do środka zamykają Hani ramiona, jest bardziej wyprostowana.
Był też temat usunięcia portu, przez który podawano chemię, a dziś służy do zakłuwania np. przy podawaniu kontrastu w rezonansie. Po krótkich negocjacjach strony zgodziły się na powrót do tematu w 2021 roku.

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem udostępnionym jesienią. Jeśli nadal chcecie pomagać Hani, bardzo prosimy o wpłaty:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818


Numer konta w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

tytułem 18757 Raj Hanna – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

JESZCZE RAZ BARDZO DZIĘKUJĘ!

Jak co roku Mazury, pierwszy raz bez choćby śladowego stresu

Wpis będzie głównie zdjęciowy, bo są one najlepszym opisem szczęścia, jakie wspólnie przeżywamy z dziećmi, będąc blisko 2 tygodnie w znanym sobie miejscu na Mazurach i wyłącznie ciesząc się wolnym czasem, słońcem i wodą. Nie zawsze tak było, wracaliśmy kiedyś stamtąd z dziurą w plecach. Rok temu pisałem, że spędziliśmy tam dwa – chyba od 2012 r. – najlepsze tygodnie wakacji. W tym może pogoda była ciut mniej wystrzałowa (co nie oznacza, że była zła, ale trafił dzień deszczu), może woda lekko chłodniejsza (ale wciąż na długie kąpanie), ale w dodatku minęło już odpowiednio dużo czasu od ostatnich przykrości, więc sen był spokojniejszy i posiłki mniej stresujące. Napisałbym – sielanka. Ale to nic nie opisuje de facto. Po raz kolejny z rocznym wyprzedzeniem zaanonsowaliśmy się tam ponownie, podobnie zresztą jak spotkani tam znajomi, i zrobię wszystko, by nic nam w tym nie przeszkodziło. Za rok poprosimy tylko bez duchów, które nowy telewizor zrzuciły pod naszą nieobecność ze stolika, narażając właścicieli na kłopoty a nas na koszty.

maz1

Najbardziej klasyczne zdjęcie z „naszych” Mazur. Tak jest tam co wieczór.

maz2

Intensywne machanie wiosłami przez Hanię spowodowało ich zepsucie. Ponton to jedna z najfajniejszych dla niej rozrywek na jeziorze…

maz6

… poza łódką z rówieśnikami. Jeśli na łódce jest ojciec, wolała czytać Jo Nesbo.

maz3

Na Mazury przyjechaliśmy w dniu 13. urodzin Hani. Był szampan, ciastko ze świeczką i prezenty. Tu toast na pomoście.

maz4

Maja w tym roku pierwszy raz całkowicie samodzielnie wyciągnęła rybę. Każdą ze złowionych kilku sztuk wypuściliśmy do wody. Z ryb na talerzu niezmiennie pojawia się tylko różowy kurczak, czyli łoś (łosoś).

maz5

Najczęstszy widok. Maja w wodzie, Hania w pontonie, ojciec na pomoście.

maz7

I wieczorami albo bilard, albo ognisko, albo plotki z dziewczynami, albo rybki i czekanie na zachód słońca.

maz8

To były kolejne fantastyczne wakacje w tym miejscu. Wrócimy!

TBC…

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem udostępnionym jesienią. Jeśli nadal chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Numer konta w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

tytułem 18757 Raj Hanna – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

JESZCZE RAZ BARDZO DZIĘKUJĘ!

Cisza

Jest mi naprawdę wstyd, że tak długo nic tutaj nie napisałem. Przyznaję bez bicia, że zmiana miejsca wpłynęła na mnie destrukcyjnie, zniszczyła moje zapędy grafomańskie, spowodowała, że zawsze przed napisaniem bloga wyskakiwało coś ważniejszego. Mógłbym argumenty i powody wyliczać: dużo pracy, wyjazdy, awaria pieca, powrót szkoły. A tak naprawdę przyznać Wam się muszę, że nie pisałem, bo nie był przerywany błogostan. Albowiem – i jest to zdecydowanie inne doświadczenie niż to sprzed 8 lat z hakiem – tym razem cisza na Ojca Raj oznacza, że wszystko jest w najlepszym porządku, czyli, że jest normalnie.

20190922_123141

Oczywiście, że powinienem był jak zawsze wrzucić zdjęcia z wakacji i zaraz to zrobię w kolejnym wpisie. Napisać jaką dumą mnie wypełnia fakt, że NIC przez całe wakacje i prawie miesiąc się złego nie wydarzyło, że do 14 października, kiedy mamy wizytę w dziennej przychodni onkologicznej u swojej pani doktor nie będę – mam nadzieję – miał powodu, by opisywać sytuację z medycznego punktu widzenia.
Jest też tak, że choćbym chciał czas zatrzymać to się nie da i moje dziewczyny są już małymi kobietami. A te mają swoje zastrzeżenia, także co do treści wypełniającej tutaj strony. Nie mogę więc napisać, że Hania dojrzewa, że ma swoje okresy buntu i czym się one objawiają. Ani nie mogę za bardzo rozczulać się nad jej jakimś fajnym zdaniem, bo usłyszę „No weź, tata”. Średnio przyjemnie jest też pisać o awanturach urządzanych przez Maję, gdyż musiałbym trochę odkrywać co jej młodą, narwaną duszą szarpie, a są to nasze sprawy – najnormalniejsze na świecie, ale po opadnięciu kurzu niechętnie wywlekane „Co nie, tata?”.

Paradoks tego miejsca jest pewnie taki, że łatwiej, w sensie inicjacji, pisze się, kiedy  coś się dzieje z Hani zdrowiem lub po okresach załamki przychodzą niespodziewane sukcesy, niż wtedy, kiedy nastaje czas turlającego się z dnia na dzień życia bez fajerwerków. Niemniej, wstyd mi – powtórzę – gdyż obiecałem sobie wiele lat temu, że Ojca Raj nie będzie blogiem o  chorobach i nieszczęściach. Los chciał inaczej, sieknął i jednym i drugim, ale wreszcie może trzeba odetchnąć i powiedzieć dość: zaczynam pisać o tym, co się dzieje wokół, o tym jak jestem każdego dnia z nich dumny, jak każdego dnia mi ich brakuje. O ich inteligencji, sprycie, urodzie, wspólnie spędzanym czasie, przedsięwzięciach, szykowaniu pokoju, przygotowaniu do szkoły, handlu rybami. Spróbuję cieszyć się każdym dniem i jeśli będziecie chcieli mi w tym towarzyszyć, będę czuł się wyróżniony. Tak, będę też pytał Was, czy wiecie co zrobić z 1 %. To akurat się nie zmienia, ale też czasem głupio pisać non-stop o nieustających potrzebach. Np. dojrzewam do zakupu nowego wózka inwalidzkiego, widząc jakie ograniczenia ma Hania i co mogłoby jej pomóc. Kilkanaście tysięcy złotych – tyle będzie kosztował. Mam nie pytać? Ale też nie chcę, byście podejrzewali mnie, że piszę tylko po to. Trzy miesiące przerwy są chyba dostatecznym powodem, że nie o kasę tu wyłącznie chodzi. Zatem – nadrabiam zaległości:

– wakacje

– pokój Mai

– szkoła

– Liam Gallagher

To tak na pierwsze danie. Przy czym wakacje będą zdjęciowe i w co najmniej dwóch częściach, bo wspomnieć i fotek mamy co niemiara. Dziękuję Wam, że jesteście i do zobaczenia częściej. Mam nadzieję, że się uda.

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem udostępnionym jesienią. Jeśli nadal chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Numer konta w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

tytułem 18757 Raj Hanna – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

JESZCZE RAZ BARDZO DZIĘKUJĘ!

 

 

Basen na nogi i ręce

Jasne, pierwsza myśl była taka, że jest cholerny upał, i że trzeba do wody, bo inaczej wszyscy się wykończymy. Wanna to przeżytek, nad jezioro dopiero po połowie lipca, basen dmuchany zaś ma trzy wady. 1) Jaki by nie był wielki, to jest mały i płytki. 2) wielkie dmuchane boki jak mocno by nie były napompowane, to ani na nich usiąść, ani się przytrzymać. 3) Kot korzystający z dmuchanego basenu jako wodopoju = nowy basen.

Druga myśl była odświeżeniem myśli starej, żeby wreszcie wykopać coś w ogrodzie. Na szczęście dla zaistnienia tej myśli 32 stopnie w cieniu nie pomagają w podjęciu decyzji o kopaniu. Ani rozstrzyganiu jak coś, co ma być oczkiem dla ryb ma służyć dzieciom. W bezradności poradzenia sobie z problemem w pomoc przyszła klimatyzowana firma pracą zwana i komputery, które im tylko znanym sposobem podpowiedziały w reklamach automatycznych kupno basenu niedmuchanego. I tak zacząłem rozkminiać i pochłaniać wiedzę na temat baniaków rozporowych i stelażowych.

20190620_151846

To był impuls z przegrzanych fałd ciepłej galarety w jaką zamienił się na tę chwilę mój mózg, dodatkowo poddany działaniu perfidnych okazji o nazwie „korzystne raty”. I tak to stałem się posiadaczem basenu z metalowym orurowaniem, średnicy blisko 4 metrów, z drabinką i gustownym malowaniem a’la ratan. Dzieci, co było do przewidzenia, były wniebowzięte. Młodsza ikonka może wreszcie w pełni zademonstrować umiejętność nurkowania, a jak się uprze (po ojcu uparta jest jak nie wiem) to i krytego kraula po okręgu zapoda. Ikonka starsza co prawda z drabinki nie korzysta i na bombę nie skacze, ale jej komentarz mówi wszystko.

WRESZCIE!!!

Owo wreszcie ma kilka punktów. Pozwólcie, że wymienię je wszystkie, gdyż każdy z nich jest ważniejszy niż fakt, że sam (nie ukrywam) naturę mam raczej taką, że prędzej się w wodzie rozpuszczę niż z niej wyjdę.
Otóż wreszcie nr 1) to stanie w wodzie. Tak, nogi Hani są dziś momentami czułe (chwilami mniej), stopy się ruszają bardziej (czasem mniej), nogi się prostują (raczej z pomocą aparatów niż bez), ale o stawaniu nie ma mowy bez żadnego „ale czasem” w nawiasie. Kiedy woda w basenie sięga jej do piersi, może w dmuchanym kole, w ojca uścisku lub trzymając się brzegu za wspomniane rurki stanąć. Mogę ja zanurzywszy głowę ustawić jej stopy na śliskim dnie, wypchnąć biodra. To pozycja, która dziś w jej życiu nie występuje. Dzięki temu basenowi jest.
Wreszcie 2) to z kolei ręce. Dzięki metalowym rurkom stanowiącym brzeg, może przesuwając dłonie ruszyć w pogoń wokół basenu za kraulującą Mają. Może też, co w dmuchańcu nie było możliwe, złapać się tych rur za głową i wysunąć nogi w kierunku środka basenu, gdzie sama lub z pomocą będzie machać nimi i młócić wodę.
Jest też wreszcie 3) czyli nurkowanie i pływanie. Hania wodę lubi, ale wodę nie wpadającą w oczy i nie przykrywającą głowy. Tym razem się przełamała i zaczęła odkrywać podwodny świat, ucząc się trzymać powietrze. I znów to dzięki kształtom, konstrukcji i głębokości basenu.

20190621_142051

Dobra, skwitujecie, pierniczy. Chodzi o to, żeby się moczyć. A jak chce dziecko rehabilitować, to niech idzie na prawdziwy basen. Pewnie, że tak. Macie rację. Z jednym tylko bardzo istotnym zastrzeżeniem. Z powodów intymnych i toaletowych nie jest możliwe długie w takim miejscu przebywanie. A we własnym ogrodzie może siedzieć ile chce. Działa filtr i chemia basenowa, kolejna dziedzina życia, którą zgłębiam czekając z utęsknieniem na sobotę (prognoza na 27 st. C) i niedzielę (34 st. C).

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach. Jeśli nadal chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Numer konta w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

tytułem 18757 Raj Hanna – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
DZIĘKUJĘ!

 

 

 

 

Rozgrzana szkoła

Zainspirowany doniesieniami o kolejnych szkołach, szczególnie w południowo-zachodnich województwach, które skracają lekcje lub wręcz je odwołują z powodu fali upałów, napiszę dosłownie kilka słów o ostatnim roku edukacji ikonek moich, bo był to rok z wielu względów wyjątkowy.

mytrzy

Był to szkolny rok ciężki bardzo, w mojej opinii. Dla każdej z nich inaczej. Maja, już jedną nogą od września w 5 klasie, do samego końca walczyła o poprawienie kluczowych ocen. Nie sprzyjały temu dni nierównomiernie napakowane godzinami (raz na 8.20, raz na 13.15), nie pomogło zdecydowanie rubaszne podejście do obowiązków edukacyjnych, szczególnie w weekendy. Ale pięknie wyszarpała dobry z języka angielskiego, poprawiła się z matematyki na solidne dostateczne (także dzięki lekcjom w domu), rzutem na taśmę i wreszcie z właściwszym podejściem do nauki poprawiła też oceny z przyrody, która wyląduje na świadectwie na koniec podstawówki. Będzie miała dwie 3, ale nie mam z tego powodu jakiegoś rozczarowania – wiem, że to był trudny rok, rozbity batalią nauczycielską o godne warunki pracy i przez to niesamowicie długi – zawsze jak byłem o wiele mniejszy wydawało mi się, że szkoła w czerwcu już nie funkcjonuje. Tymczasem po przerwaniu strajku wiele lekcji jeszcze odbyło się na poważnie i oceny wciąż były wystawiane w tym tygodniu. A upał za oknem zakuwaniu nie sprzyja.

Maja mówiła mi w okolicach 8 kwietnia (daty nie sprawdzam), że w zasadzie tego dnia skończyła się szkoła. Miała trochę rację, trochę miałem jej ja, mówiąc, że teraz ma labę, ale potem będzie ciężej. Zaczynał się strajk w szkołach i nim w małych jeszcze dzieciach dojrzała myśl, że to sprawa jest poważna i decydująca dla tak podstawowej sprawy jak ich przyszłość, to cieszyły się na wysypianie i leniuchowanie. Potem były święta. Potem majówka. Wcześniej egzaminy bodaj 8-klasistów a maj rozpędził się maturami. Szkoła wróciła raptem 3-4 tygodnie temu. To też – nie wspominając już o atmosferze, jaka towarzyszyła belfrom potraktowanym z buta przez nasz kochany, szykujący się do wyborów rząd – sprawiło, że rok po ciężkich miesiącach kończył się ostrym, wyczerpującym podjazdem. Tym bardziej się cieszę, że Maja po przyrodniczym finiszu chodzi już dziś do klasy w zasadzie rekreacyjnie. I może ponad 2 miesiące odpoczywać.

U Hanuty był to z kolei bodaj pierwszy rok nie przerwany długimi pobytami w szpitalu, nie poszatkowany absencjami, nie ocierający się o chaos z powodu słabości i walki o zdrowie. Gdyby nie wspomniany strajk, od września do czerwca miałaby lekcje codziennie, w domu i częściowo w szkole, bo tak udało się porozumieć. I też cisnęła, lub inaczej, była ciśnięta bez taryfy ulgowej. Z takiego angielskiego na przykład, to sprawdziany różnego rodzaju miała niemal na każdej lekcji. Falowała ocenami od miernych do piątek i wybroniła się – na świadectwie nie będzie żadnej trójki. Piszę to z dumą, podobnie jak o stopniach Mai, ale bez satysfakcji brania udziału w jakimś wyścigu po stypendia i czerwone paski. To ani mnie ani mam nadzieję ikonek specjalnie nie  interesowało. Hania po kilku wpadkach zmieniła rodzaj motywacji do nauki, wspomniany tu angielski był ważny, by móc konwersować na chatach kanałów anime z jego użytkownikami, więc wyszło bardzo fajnie na koniec. Do tego rehabilitacja i zajęcia dodatkowe. Nie wiem jakim cudem miała jeszcze po 23 siły na czytanie.

Wiem, że było ciężko. Że się napracowały bardzo. I mocno zasłużyły na wakacje i świetnie, że zaczynają się one upałami, bo od razu szykuje się weekend z basenem na ogródku i atmosfera wakacji pojawia się niejako sama. A potem Mazury. Jedziemy na nie spokojni, co wiecie z poprzedniego wpisu o leżącym na deskach guzie, szczęśliwi satysfakcjonującą szkołą i pracą, mniej bladzi, bo zdrowsi. Ładowanie baterii czas zacząć (tak, wiem, że rok szkolny kończy się dopiero za tydzień), ale tym razem mam wrażenie, że potrwa szybko i akumulatory wypełnią się ponad 100 %. A we wrześniu wrócą do szkoły lub do zaciskania kciuków za walczących o swoje i naszych dzieci nauczycieli. Będzie ciężko im i nam, więc już dziś napiszę – powodzenia!

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach. Jeśli nadal chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Numer konta w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

tytułem 18757 Raj Hanna – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
DZIĘKUJĘ!

Śmieć ani drgnął! Są wyniki rezonansu Hani. Co spadło z serca wyżłobiło krater

Chwaliłem się już swoim i Hani szczęściem na facebooku, ale przecież tu też muszę i w ogóle wszędzie i wiele razy: przed godziną 10 w poniedziałek 3 czerwca, niecałe 20 godzin po badaniu w rurze rezonansu magnetycznego w CZD, pani doktor nasza poklikała chwilę i przeczytała najważniejsze sentencje z opisu badania:

W porównaniu do poprzedniego badania z grudnia nie ma zmian!

To oznacza trzy potwornie ważne rzeczy. Hani guz, 2,5 roku od ostatniej pastylkowej chemioterapii, ani drgnął. Stoi! Nie rośnie! Nie zwiększyły się też jamy w kanale rdzeniowym, które spowodowały tak wiele szkód nogom i częściowo rękom. To z kolei oznacza, że wszyta dwa lata temu zastawka działa poprawnie. I na koniec – mimo braku gorsetu i prętów przy kręgosłupie oraz (nie ukrywając) wciąż mając wrażenie, że się krzywi, skolioza jednak się nie pogłębiła. Trzy dobre rzeczy na raz.

20180901_112310

Nie umiem opisać przeżycia, jakie towarzyszy oczekiwaniu na wynik. I nie zmienia siły doznań fakt, że o ile się nam z Hanią nic nie pomyliło i jakaś tomografia nie była rezonansem, w niedzielę ikonka starsza przeszła 30. raz badanie MRE. Próbowałem dotychczas wielu modeli zachowań. Jeździłem po wynik do szpitala, czekałem na telefon z onkologii, byłem umówiony z panią doktor na konkretny dzień i godzinę, udawałem, że mnie to nie interesuje, bo przecież na pewno wszystko jest dobrze i po kilku dniach dowiadywałem się o wynik. Tym razem nie spałem całą noc i rano w poniedziałek jadąc do pracy wykorzystałem pierwszy możliwy moment na telefon. Po kilku nieodebranych połączeniach udało mi się wbić między lekarski obchód a przyjęcia w poradni. W oczekiwaniu na pierwsze słowa pani doktor musiałem zatrzymać samochód na poboczu, gdzieś między Dawidami Bankowymi a Jeziorkami. Jak zwykle pociemniało mi w oczach.

Uczucie ulgi i szczęścia jest niesamowite. Wiem, że przecież badanie ani leczy, ani niczego nie psuje, tylko pokazuje jak jest. Ale póki się nie wie, to się człowiek nie denerwuje. Wiem, że lepiej wiedzieć, ale i tak czekając na wynik nerwy są straszliwe. I nie pomaga, odsunięte na bok, jakiekolwiek racjonalne myślenie. Nieistotne staje się, że nic jej nie boli, że nic nie drętwieje, że wygląda nieźle i nawet coś tam przytyła. Wszystko to nic nie oznacza w obliczu kilku sekund „klikania” w komputerze i czekania na pierwsze zdanie pani doktor. A były sytuacje, że brzmiało ono inaczej, na przykład: Znów trochę urósł, trzeba włączyć leczenie (2015).

Teraz ogarnął nas błogi stan i to badanie wyznacza faktycznie granicę wakacji – mniej ważą, choć smucą dwie mierne oceny (jedna z minusem) z przyrody ikonki młodszej i niechęć do nauki ikonek obu, czuć już zapach jeziornej wody i kremu do opalania. Odetchnąłem tak bardzo, że spadający z serca ciężar wyżłobił lej w ziemi pod moimi stopami. Pozwólcie, że chwilkę, momencik, minutkę, tym uczuciem ulgi się nacieszę.

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach. Jeśli nadal chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Numer konta w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994
,
tytułem 18757 Raj Hanna – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
DZIĘKUJĘ!

Definicja szczęścia

Tak nazwałem dwa lata temu zdjęcie zrobione dziś, 27 maja. Nie będę sprawdzał, ale możliwe bardzo, że był to jakiś weekend, może niedziela. Szczuplutka, żeby nie powiedzieć wychudzona Hania w czapeczce zasłaniającej wciąż nienaturalnie krótkie włoski, z wciąż lekko zaokrągloną buzią po sterydach. Za nią uśmiechnięta Maja, wreszcie razem, wreszcie można się wspólnie bawić, albo kłócić.

Dom, nie szpital. Zielony ogród, nie plac zabaw przy wejściu do kliniki. Smażony łosoś, nie brak apetytu i torsje. Uśmiech, nie ból.

asfasf

Bałem się nazwać tego dnia początkiem nowego, nie śmiałem wierzyć, że złe się skończyło. Nie wiedziałem tak naprawdę, ile przed nami dni spokoju, a ile z nich zostanie zabitych nieszczęściem i bólem. Okazało się, że bomba na razie nie wybucha, jej tykanie choć wciąż wyraźnie słyszalne, staje się tłem, do którego można się trochę przyzwyczaić. Trwająca dwa lata gehenna niespodziewanych zapaści, utrat przytomności, jazd karetką na sygnale do CZD, chemioterapii i niezliczonych badań krwi właśnie tego dnia – jak się okazało – odpuściła, wracając jedynie dwa razy banalnym w tym wypadku złamaniem pręta podtrzymującego kręgosłup.

Dziś w temacie Hani zdrowia panuje „pozorna stabilizacja”. Cieszę się, że nic nie eksploduje, dziękuję komu trzeba dziękować, że nic jej nie boli, nawet głowa w trakcie przetaczających się teraz burz. Pilnujemy codziennego pompowania głowy (wiem, jak to brzmi, ale to nic strasznego) i liczymy, że to w jakiś sposób pozwala kontrolować jedno z dwóch zagrożeń. Mam dziś więcej powodów, by nazywać robione z przyjemnością zdjęcia „definicją szczęścia”. Ale też odkrywam ze smutkiem, że

pewne rzeczy są już na stałe i mimo upływu czasu się nie zmieniają, nie blakną, a już na pewno nie znikają. Boję się.

Nieustannie, choć umiem w chwilach szczęścia lepiej się maskować, chociażby skupiając się na problemach przyziemnych, co nie znaczy mniej ważnych. Dziewczyny moje obie dorastają, w odmienny sposób sobie z tym radzą, ze stresem dnia codziennego nastolatki. Jedna może się wyżyć fizycznie, druga nie, więc częściej rani słowem. A umie, bo jest cholernie inteligentna. Dużo nauki i prób cierpliwości przede mną, ale damy radę. 

Teraz zrobimy kolejny rezonans, właśnie poznałem datę, już 2 czerwca. Od ostatniego badania minęło pół roku. To długi czas, potencjalnie wiele rzeczy mogło się zmienić. Na lepsze , ale i na gorsze. Jestem dużo bardziej świadomym obserwatorem różnych objawów, niż byłem dwa lata temu, nie daję się zwieść, że coś, co jest nienormalne, jest wywołane czymś innym niż główną chorobą. I to jest najważniejszym pocieszycielem i rywalem dla mojego strachu: bo nie widzę, żeby coś się złego działo. Oczywiście – Hania nie chodzi. Ale nóżki czuje, mam wrażenie (ach, cóż za cudowny medyczny fundament – wrażenie!), nie dzieje się nic z głową, ani z rękoma, silnymi co udowadnia mi ściskając moje dłonie w samochodzie aż do bólu. Ale w pełni uspokoję się, uśpię strach, dopiero po badaniu. Znów, jak dwa lata temu, na pierwszy plan wysuwają się definicje szczęścia – nadchodzące wakacje i dwa tygodnie nad jeziorem. Tam łatwiej zapomnieć o strachu i łatwiej ukryć swoje przewrażliwienie.

Hania i Maja

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach, raz jeszcze pięknie dziękuję!
Jeśli nieustannie chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Apel zaakceptowany przez Fundację Dzieciom Zdążyć z Pomocą:

sdhysdhyd

Kamień miała na sercu

SMS o 1.02 w nocy z niedzieli na poniedziałek nigdy nie będzie mi się kojarzył z czymś dobrym. Strach, który chwycił mnie za gardło, kiedy o 3.13 podnosiłem telefon i zobaczyłem ikonkę nadesłanej wiadomości, był potężny (nie pytajcie dlaczego obudziłem się i po co od razu sięgnąłem po aparat – to jakaś choroba). Pewnie to strach irracjonalny, zdaję sobie z tego sprawę. To mogło być przecież wszystko: od informacji z banku, że brakuje im 4,37 mojego franka do spłaty raty kredytu, do podziękowań od Eurowizji za głos na Słowenię. Ale w środku nocy nie ma czasu i trzeźwości na racjonalne przemyślenia.
Choć już równo 2 lata minęły od potwornych przeżyć szpitalnych, i od tamtej pory stresy związane z Hani zdrowiem były raczej z kategorii tych zaplanowanych (operacje), to lęk we mnie tkwi nieustannie. Śpi drań lepiej niż ja, ale ciągłym pochrapywaniem daje o sobie znać, nasilając się w tygodniach, poprzedzających badanie rezonansem. I znów – wiem, że przecież badanie niczego nie wywołuje, że jeśli coś się w jej środku dzieje, to lepiej, żeby o tym wiedzieć, ale za każdym razem kiedy ustalam termin MRE (teraz w czerwcu), pojawia się niepokój o jego wynik.

20190518_150143
Fot. Stół ogrodowy bez telefonu – rzadki widok. Sobota 18.05.2019

Tym razem to nie było nic o Hani, ale przyznaję, że pierwsze linijki SMS-a brzmiały złowieszczo i chaotycznie. Wiadomość wysłała Maja, przepraszała, że:

tak późno, ale będę się denerwował, krzyczał, że jej jest bardzo smutno i nie może już wytrzymać, znów pewnie powiem, że wszystko psuje, czego się nie dotknie, i że ona musi napisać, że Ciapa (kot) zwaliła z biurka telefon biały, w wyniku czego telefon się zbił, a ona wie, że to jest złe, bo ja mówiłem, że to czyjś telefon„.

Chryste! Ze trzy razy czytałem wyłuskując spomiędzy pełnych żalu i nerwów zdań istotę przekazu: Zbił się biały telefon. Odetchnąłem, prawie całkiem już rozbudzony. Odpisałem, że „biurka” nie pisze się „biórka”, co bez polskich liter brzmiało „biorka” powodując dodatkowe utrudnienia w rozszyfrowywaniu SMS-a. Dodałem, że przecież biały był już zbity, że jest noc, żeby spała dobrze i w ogóle to miłego dnia. Dopiero następnego ranka skapowałem się, że było po 3. Zapytałem ją, dlaczego zerwała się w nocy, dlaczego tak denerwowała się tą zbitą szybką, że aż musiała o 1 pisać SMS.

Bo miałam taki kamień na sercu” – odpowiedziała.

Chryste, co się dzieje w głowie dziecka tego – pomyślałem, kiedy absurd sytuacji dotarł jaskrawiej. Bo nocna wiadomość tylko z pozoru jest błaha. I nie chodzi o wartość zbitego telefonu, ani porę, w której 10-letnie dziecko spać raczej powinno mając następnego dnia szkołę. Nie jest też istotna, choć rzeczywiście irytująca, taka pewna łatwość w robieniu szkód, jaką Maja z pewnością posiada. Ja ją jednak pojmuję szerzej – po prostu boję się, że sobie coś zrobi w domu, na placu zabaw czy ulicy.
Nie. Kwintesencją upiorności tej nocnej litanii jest fakt, że w klasie mojej córki młodszej panuje jakaś zaraza smartfonowa. Dzieci, jakiś moment przed staniem się nastolatkami, dostały (szczególnie dziewczyny), totalnego świra na tym punkcie. Kuriozum polega na tym, że lepiej znają modele swoich aparatów niż to, czym się interesują, jak się uczą. Świat istnieje wyłącznie zamknięty w telefonie, mierzy się ilością aplikacji i funkcji oraz szybkością platform social-mediowych. Temat: „dostałam od mamy/taty nowy telefon” staje się wydarzeniem nie tylko dnia, ale wręcz tygodnia. Dochodzi też do bardzo przykrych sytuacji, zakończonych – nie tylko w przypadku Mai – łzami. Bo kiedy starszy smartfon lub gorszej w jakimś sensie firmy staje się powodem wykluczenia lub jego właściciel jest wyszydzany, to przestaje być zabawne. A zbicie szybki przez kota w nocy może być tragedią. Nie dlatego, że tata będzie zły, ale koleżanki będą się śmiać.

Niewiele pamiętam z I klasy podstawówki na Powiślu. Boisko. Zbieranie makulatury. Kolegę, którego tata opiekował się klasowym akwarium i w opinii mojego ojca nie znał się na tym kompletnie, wyjmując Amazonkę z ziemi i wsadzając do piachu. Wystawę o ZSRR. To była pierwsza połowa lat 80-tych. Inne czasy, inny świat, trochę inne dzieci, ale też czasem potrafiące być okrutnymi lub głupimi. Jeden taki co miał tatę marynarza czy dyplomatę przynosił do klasy na drugie śniadanie banany. Owoc, który w Polsce wtedy nie występował, luksusowy, egzotyczny, obiekt westchnień. Młodsi nie zrozumieją :-).  Ale on ich nie jadł. Wyjmował je na środku sali w trakcie dużej przerwy, oglądał z każdej strony, znajdywał brązową ryskę na żółtej skórce i wrzeszczał na całą klasę:

Zgniły! – po czym wywalał do kosza na śmieci nie tknąwszy.

Dzieci, jak to dzieci, poszły do pani. Pani jak to pani (wtedy), wezwała jego rodziców. Na wywiadówce, jak to na wywiadówce (wtedy) poszło zarządzenie, że uczniowie mają bananów nie przynosić i w ogóle z egzotycznymi owocami się nie chwalić. Zakaz dotknął też pomarańcze, mandarynki, spór poszedł o winogrona, bo były też krajowe, prosto z działki.

Dziś rolę banana spełnia nowy model np. iphone’a. Bo jedna czy druga dziewczynka się z nim obnosi i wszystkie inne jej zazdroszczą, tym bardziej, że jak jest mi przekazywane (choć dzielę to przez 10) robią to w nieprzyjemny sposób. To jeszcze maluchy, więc tłumaczenia nie pomagają. Starałem się wyjaśnić, że przecież to inny system niż android, który Maja zna. Że to nie jest sprzęt do gier i zabaw. Że ten telefon co ma jest przecież OK, nawet zbity, ale szybkę mogę wymienić. Że przecież dostała telefon jakiś czas temu. Że przecież nie wszystkie dzieci mają nowe iphone’y. Maja odpowiada, że wie, rozumie, wcale nowego iphone’a nie chce, ale jej oczy wyglądają mniej więcej tak, jakbym się pytał Buziaka (pies) czy chce kawałek szynki z kanapki.
Kategorycznie wykluczyłem opcję kupowania na raty telefonu za kilka tysięcy złotych. Musiałbym upaść na głowę i zidiocieć, żeby coś takiego zrobić. Po jasną cholerę? Sam dostałem telefon z pracy, średniej klasy samsunga, od 15 lat nie kupiłem żadnego aparatu, stare służbowe, które dostałem wcześniej zbierają kurz w szufladzie. Hania ma z tego depozytu sony, Maja (już zbitego) huaweia i starcza. Przynajmniej starczało do niedawna, nim szkolna zaraza nie przybrała rozmiarów epidemii.

Puenta tego wpisu nie jest specjalnie wyjątkowa, ale z pewnością smutna. Temat telefonów i związanych z nimi nieprzyjemnych spraw, czy nawet konfliktów, został poruszony (teraz) na wywiadówce. Padła propozycja (wzorem bananów z lat 80-tych, z tą różnicą że banany mieli nieliczni), by na zieloną szkołę dzieci pojechały bez aparatów, mając kontakt z rodzicami przez telefony opiekunów. Przytłaczającą większością pomysł został odrzucony, bo:

„jak to, przecież muszę mieć w każdej chwili możliwość zadzwonienia do dziecka, oni też tak lubią robić zdjęcia”.

Sam czułbym taką potrzebę w przypadku Hani, choć z innych powodów, dlatego nie umiem całkowicie krytykować takiej postawy. Pewnie szukałbym rozwiązań pośrednich – dzieci zabierają telefony, ale w czasie wycieczek, zwiedzania, posiłków czy innych zaplanowanych zajęć, nie mają ich przy sobie. Ale głosowanie (teraz) rzecz święta.
Chciałem jakoś przeciąć dyskusję z córką młodszą i aby udowodnić jej, że iphone’a to nic specjalnego, wygrzebałem ze wspomnianej szuflady stary aparat tejże firmy, który kilka lat temu dostałem do testowania nowej aplikacji sportowej w systemie innym niż android. Szaleństwo jakie ogarnęło Maję trudno opisać, gadała o aparacie non-stop, dokupywała kabelki, złościła się, że nie umie założyć konta, i że nie działa itunes czy coś innego. Tylko nerwy temu towarzyszyły, moje zadowolenie, że przynajmniej lepiej łapie zasięg i lepiej ją słyszę, były ignorowane.
Aż poszła z nim do szkoły, wyjęła na przerwie, usłyszała prychnięcie i pytanie, czy rodziców nie stać na lepszy telefon, bo ten jest stary. Popłakała się, było jej bardzo smutno, wyszarpała kartę i chciała mi ją oddać. Wstrętne, ohydne, chamskie zachowanie równieśnika? Pewnie, że tak i wiele rozmów z Mają o tym, co jest ważne i do czego są fajne pieniądze, jeszcze przede mną. Ale teraz przynajmniej rozumiem, dlaczego nocą musiała wstać i zamknięta w łazience pisać do mnie SMS-a o zbitej szybce huaweia.

******************************************************************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach, raz jeszcze pięknie dziękuję!
Jeśli nieustannie chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Apel zaakceptowany przez Fundację Dzieciom Zdążyć z Pomocą:

sdhysdhyd

Zielona szkoła vs 7 cud świata

Zaczęło się nieprzyjemnie – od awantury. To, co pozwala mi tak lekko dziś o tym pisać, to fakt, że do spięcia doszło pewnie z pół roku temu. Pomny wielu smutków i ciągnących się miesiącami różnych nieprzyjemności generowanych przez buzujące nastoletnie organizmy, nie zgodziłem się, aby w 2019 roku Hanuta pojechała na zieloną szkołę. Ograniczenia, jakimi męczy ikonkę jej choroba, były głównym powodem. Choćby te sprawy intymne, absolutnie nie do opisywania na blogu w chwili, kiedy dziecko przestaje uważać się za dziecko. Ale też te bardziej prozaiczne – jak samodzielność, ruch, konieczność brania leków. To sprawia, że Hania nie może pojechać nigdzie całkiem sama. A zielona szkoła z matką czy ojcem to nie jest to, co nastolatki lubią najbardziej.

Jednak chyba najważniejszym powodem był – dziś chyba to mogę napisać z pełną świadomością – ból wykluczenia, który Hania musiała znosić przez wiele tygodni, w zasadzie całe zeszłe wakacje, po powrocie z zielonej szkoły. Plecy jej nie bolały, głowa też nie, ale cierpiała chyba bardziej i przede wszystkim nie działał na ten ból żaden ketonal. Nie umiałem jej pomóc, ani jej pocieszyć. Chyba ten jeden z niewielu razy w życiu. Tłumaczenia, że to taki wiek, że to minie, że są inni koledzy i koleżanki, że dzieci tak mają – sam w to nie wierzyłem, widząc jak gnije w domu i nikt do niej nie dzwoni tygodniami, jak ucieka w internet, tworzenie grafik, filmów. Lekcje w domu oznaczają ograniczony kontakt z rówieśnikami. Nie czuła się dobrze w szalejących klasowych relacjach, sojuszach, nie wiedziała jak się zachować, jak się odezwać, co jest modne, kogo coś urazi, czy z kim jak rozmawiać.

Mocno ten wyjazd przeżyła nim kontakt z przynajmniej kilkoma rówieśnikami jakoś się ułożył. Eksplozja tych najbardziej przykrych zachowań miała miejsce na zielonej szkole, dlatego powiedziałem „nie” kolejnemu wyjazdowi, żeby chronić, nie wiem czy słusznie. Byłem wtedy prawie znienawidzony. Dopiero wiele tygodni później, kiedy znany był już plan wycieczki, zaczęliśmy szukać jakiejś alternatywy. I tak pojawił się Wrocław. Zamiast fokarium – Afrykarium, zamiast morza – Odra, zamiast klasy… – no dobra, to akurat nie był argument decydujący – ojciec. Ale Hanuta koniecznie postawiła warunek – wyjazd we dwoje. Tylko ona i ja. Tydzień temu zadzwoniła z pretensją, że jeszcze niczego nie załatwiłem: No co z tym wyjazdem, bo klasa zaczyna zieloną szkołę już w poniedziałek?

Pojechaliśmy i do diabła powiem Wam, że było to cholernie dobre. Już w samochodzie ustaliliśmy, że ona jest szefową, potem dotarliśmy do prawdy, że nigdy – poza wyjazdami do szpitala – nie byliśmy nigdzie sami. I jeszcze w hotelu, już zasypiając, śmialiśmy się, że ostatnio tak blisko byliśmy wtedy, kiedy chrapałem na leżaku kiedy ona w szpitalnym łóżku dochodziła do siebie po operacji. Teraz też chrapałem.
Spędziliśmy świetne dwa dni we Wrocławiu – ogrodzie botanicznym i zoo, hotel mieliśmy dosłownie 200 metrów od jego wejścia. Zjedliśmy kolację na rynku, spacerowaliśmy wzdłuż Odry, ale kulminacją było Afrykarium. Wydarzeniem, które sprawiło, że żal, iż nie pojechała na zieloną szkołę z rówieśnikami był ciut mniejszy, okazał się podwodny tunel, w którym nad głowami pływają rekiny, płaszczki, żółwie. Marzyła o tym i jednym najwspanialszych uczuć było zobaczyć jak oniemiała z wrażenia. Nie jest przesadzone, że jest to jeden z najwspanialszych zoologicznych cudów na świecie.

wroc1wroc2

Bardzo mi się tam podobało. W zoo mogłyby być tylko gigantyczne akwaria. Ale jak się zapewne domyślacie nie sam ogród był najistotniejszy w tej eskapadzie. Nawet nie to, że widziałem tak dużo uśmiechu na jej twarzy, nie to też, że czułem satysfakcję z dotrzymywania słowa. Największą przyjemność sprawiło mi wielogodzinne jej nawijanie – w samochodzie, czy w hotelu wieczorem. Powiedzieliśmy sobie więcej niż przez kilka ostatnich tygodni.
Z pewnym zdumieniem więc odebrałem jej deklarację (stanowczą) że za rok jedzie na zieloną szkołę. Znów powiedziałem „nie”, ale perspektywa jest zbyt odległa, by doprowadzić do sprzeczki. Niemniej powoli zaczynam się martwić, gdyż jestem niemal pewien, że w Polsce drugiego takiego miejsca jak akwaria wrocławskie nie ma.

***************************************************
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pomagają Hani stanąć na nogi. Wasz 1% trafi na jej konto w Fundacji wraz z rozliczeniem po wakacjach, raz jeszcze pięknie dziękuję!
Jeśli nieustannie chcecie pomagać Hani:

Numer konta Hani
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

Apel zaakceptowany przez Fundację Dzieciom Zdążyć z Pomocą:

sdhysdhyd

 

 

Pamiętajcie o Hani przy 1% :-)

NUMER KRS:

0000037904,

„INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE – CEL SZCZEGÓŁOWY 1%” PODAJ:

18757 Raj Hanna

jkhasdehgjwe
Najlepsi, pomagacie nam już kilka lat, od samego początku tego cholerstwa
. Wasze wsparcie, słowne, czy finansowe, zawsze było dla nas bardzo ważne i pozwalało iść do przodu, walczyć, nie załamywać się. Dzięki Wam Hania ma kolejny wózek inwalidzki, jeszcze następne ortezy na nogi, leki i inne gadżety medyczne, zajęcia z rehabilitacji. Wszystko, co kiedykolwiek będzie jej potrzebne, może mieć dzięki Wam, dzięki Waszym odpisom 1% podatku i innym wpłatom. To ogromna ulga, za którą jeszcze raz chcę podziękować. Możemy się skoncentrować na rzeczach najważniejszych, nie myśląc ciągle o pieniądzach, to wasza zasługa.

Wiem, że cieszycie się tak jak i my, że mniej jest dziś tutaj wpisów ze szpitala. Nie jesteście bombardowani kolejnymi pooperacyjnymi obrazami i zaskakiwani nieciekawymi wiadomościami o jej zdrowiu. Bomba tyka, ale cicho. Udaje nam się o niej nawet czasem zapomnieć. Taki mokry kapiszon. Po strasznych dwóch latach Hania wreszcie może odpoczywać i uczyć się. Nie zanudzam Was wpisami o jej sukcesach edukacyjnych, czy szaleństwach związanych z szyciem, rysowaniem, tworzeniem, montowaniem, o jej podbojach internetu. Nie opisuję każdej kłótni z Mają, której dawno już wyrosły anielskie skrzydła na plecach, i której, dzięki cofnięciu się choroby Hani, można też poświęcać teraz więcej czasu i uwagi. Ze szczegółami kiedyś wystukam tutaj o wielkiej miłości do Szczerbatka, czy o pierwszej tej prawdziwej, nie do maskotki. Ale dziś chcę Was jeszcze raz prosić o 1%.

To ostatni weekend przed rozliczeniem podatku (30 kwietnia). Pewnie wielu z Was będzie wypełniać PIT-y, te elektroniczne wymagają wpisania ręcznego specjalnego celu. Proszę Was, jeśli nie macie innego „kandydata”, może zechcecie wesprzeć Hanię. Jej potrzeby, mimo niezłego samopoczucia, nie kończą się, nie zmieniają. W połowie maja będzie znać termin kolejnego rezonansu, który pokaże, czy guz nadal stoi i co z przeklętymi jamami, które odebrały jej nogi. Hania nie chodzi, z wózka wyrasta, będzie potrzebny kolejny za kilka-naście tysięcy złotych. Nie rezygnuje też z rehabilitacji, z dumą prezentując poruszające się o centymetr w lewo i prawo stopy. Czeka ją pewnie też gigantyczna operacja kręgosłupa, o której już tu pisałem, wciąż ma w główce działającą zastawkę. Wiele etapów tego wyścigu po zdrowie jeszcze przed nami.

Za Waszą pomoc mogę odwdzięczyć się tylko słowem i jej zdjęciami, z siostrą i z mordą ojca na selfie, czy też bez. I opisywaniem, co u nas, co u niej. Mam nadzieję, że także dzięki Wam, więcej będzie tu przyjemnego nudzenia, niż opisywania chwil strasznych, których wszyscy mamy serdecznie dość. Bardzo Wam jeszcze raz dziękuję.

Jeśli chcecie, możecie Hanię wesprzeć też w inny sposób, nie tylko przy okazji wypełniania PIT. Bardzo prosimy:

Numer konta Hani:
13 1140 2017 0000 4702 0379 7818

I apel FDZZP

sdhysdhyd